Odkrywanie poezji Kaczmarskiego w teatrze

„Kanapka z człowiekiem” Jacka Kaczmarskiego w reżyserii Jerzego Satanowskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu oczyma Andrzeja Górnego.

Fot. Jakub Wittchen / Teatr Nowy

Kiedy zobaczyłem na scenie barykadę czarnych rozpiętych parasolek z ich kłującymi ostrzami, jakby wymierzonymi we wszystko co chciałoby się zbliżyć, i trwały tak nieustępliwie przez całe przedstawienie, bez względu na to, co na scenie się działo – zrozumiałem, że trzeba zacząć myśleć od początku (jak od początku świata), bo inaczej nie ma rozwiązania wszystkich tych konieczności, które powołują nas ludzi do odpowiedzi. To znaczy trzeba od początku odnajdywać siebie jako istotę ludzką, która przeżywa swój człowieczy zaskakująco zmienny los, bo poddany ciśnieniu wielu konieczności.

Bo tak właśnie odsłania się nam Kaczmarski w przedstawieniu Satanowskiego, w całym bogactwie tego, co Artysta wyśpiewał i wypowiedział w swej poezji, wychodząc daleko poza granice tego jak był przyjmowany w latach 1980-1989, kiedy ważyły się polityczne losy naszego kraju i Kaczmarski był rozumiany dość jednostronnie, przede wszystkim jako Bard walczącej Solidarności. Teraz, w przedstawieniu Satanowskiego po wielu latach, ukazuje się nam jako artysta w istocie filozofujący, pochłonięty i zafascynowany biegiem ludzkiego życia – życia, widzianego z tak wielu stron – i to wszystko w niepowstrzymanym niczym biegu, po prostu jako tocząca się przed siebie rzeka, nad którą w istocie nie mamy władzy. Bo, co tak niezwykle istotne, zabiera ona ze sobą nie tylko nas, i nie tylko my ją tworzymy, ale – jak mówi nam Kaczmarski – także cienie(!) żłobionych brzegów jej koryta, tej niby milczącej na poboczach barykady; a my, oczywiście, nie zdajemy sobie do końca sprawy ze znaczenia i wagi tych cieni, które rzeka naszego życia zabiera ze sobą. I to bez względu na to, czy człowiek jest tego niezwykle złożonego, choć ledwie uchwytnego procesu oddziaływania świadomy ¬ czy nie. (Choć przecież my ze swego już życiowego doświadczenia wiemy, że najczęściej, niestety, nie jest nam to nigdy w pełni świadome!).

Fot. Jakub Wittchen / Teatr Nowy

I tą drogą dochodzi Reżyser do fundamentalnej formuły przedstawienia. Oto wzorem dramaturgii życia tworzy się na scenie ta nośna wizualnie dramaturgia przedstawienia, ta forma, gdzie nieustające wyznawanie prawd i doświadczeń najbardziej osobistych i tych, które dotyczą wszystkich, a więc i historii, dokonuje się w nieustającym zamknięciu świata. (Tu podziw także dla scenografii Anny Tomczyńskiej). Ta rzeka ludzkiego życia zapisywana przez Kaczmarskiego płynie, pragnąc nieodparcie świadomego wspólnego z nami przeżywania, co jest racją jej bytu i dlatego swoim bezkompromisowym, pełnym osobistego oddania wielogłosem, uderza w nas tak na różne sposoby dramatycznie, i wręcz namacalnie, niejako się przebijając, czy – można tak powiedzieć – właściwie przeciekając ku nam (jak podpowiada nam sceniczny obraz), przez barykadę życia bo to jedyny sposób, żeby zaistnieć prawdziwie ludzkim głosem, i którego trudno wtedy nie przyjąć jako nasz własny. A wszystko to co widzimy, i czego słuchamy, ma taką niezwykłą siłę absolutnie zniewalającej prawdy, bo taka nie do odparcia jest ekspresja głosów pięciu Aktorek przebijających się do nas przez tę potężną, milczącą barykadę życia. Są to: Pamela Adamik, Bożena Borowska-Kropielnicka, Karolina Gołąb, Oliwia Nazimek i Agnieszka Różańska. To one i jeden aktor (Marcin Januszkiewicz) jak niezbywalna w tym zdaniu twarda, zdecydowana kropka – i także otwierająca początek tego wielogłosowego zdania, jakim jest to przedstawienie. To przebijanie się ich głosów do nas przez zwartą barykadę nigdy nieustępującego milczenia, niesie jednocześnie sobą wzbierający świadomością dramat życia, który przebija się do nas swoimi kolejnymi wyznaniami. A my tego ich przebijania się do nas pragniemy nagle zaznać, każde z nas na swój sposób chce po prostu doświadczyć prawdy opowiadanych obrazów życia, tak jakby to było nam wszystkim wspólne, jakbyśmy to my sami w siebie uderzali, by się nam otworzyło to życie, jakim naprawdę jest. Szczególna intymność kontaktu na sporą przecież odległość sceny od widowni z dodatkiem tej posępnej, nieustępliwej barykady, tak zawzięcie broniące dostępu – to chyba najważniejsze, co udało się Aktorkom osiągnąć i na chwilę niejako nas pomimo wszystko ubezwłasnowolnić, przynosząc moment ulgi w myśleniu o nas i o świecie, w którym żyjemy.

W tym tak niezwykle celnym zestawieniu utworów Kaczmarskiego, jakiego dokonał Satanowski, udało mu się zawrzeć najważniejsze co Poetę tak fascynowało, to nieogarnione przez człowieka skłębienie siebie i swoich spraw, to absolutne skołowacenie życia prącego w tak absolutnie rożnych kierunkach, wobec którego człowiek staje dzisiaj właściwie bezradny, obezwładniony i ma tylko jedno, jak wyznaje nam Kaczmarski, proste dla siebie życzenie i pragnienie: „kromkę chleba i szklankę wina”. Bo co więcej? „Lot Ikara”, który nie wie – i nie dowiedział się nigdy, jak pióra jego skrzydeł zamocowane są do lotu, którym zapragnął wzlecieć? Więc na drugim końcu zostaje już tylko on sam dla siebie, człowiek – jak przypomina nam Kaczmarski w „Kanapce z człowiekiem”, w tej ostatniej pułapce, jaka zastawiana jest codziennie od rana do wieczora, bo głodnym przecież być człowiek nie przestanie! I zjada siebie.

Więc czy istnieje bardziej centralne wobec nas pytanie, jak to, które stawia nam na dzisiaj Kaczmarski w przedstawieniu Jerzego Satanowskiego w Teatrze Nowym?

Teatr Nowy w Poznaniu: „Kanapka z człowiekiem”, Jacek Kaczmarski

układ tekstu, reżyseria: Jerzy Satanowski

scenografia: Anna Tomczyńska

kostiumy: Jola Łobacz

reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk

multimedia: Justyna Bielecka

ruch sceniczny: Marta Szumieł

Premiera: 17 lutego 2018; Duża Scena

Andrzej Górny

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.