The Moody Blues „December”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ SZAFY
Polskie kolędy
najpiękniejsze są i basta. To fakt niezaprzeczalny, który odkrywamy corocznie
gdzieś w okolicach dwudziestego czwartego grudnia. Każdy z nas ma swoich
ulubionych wykonawców tych wspaniałych bożonarodzeniowych kolęd i pastorałek.
Ale dziś przekornie będzie o wykonawcy, którego ja osobiście uwielbiam za
zupełnie inne dźwięki. I nie wykonuje on polskich kolęd.
Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych brytyjskich
wykonawców. Dlatego moja ocena tego albumu może być daleka od obiektywizmu.
Grupa The Moody Blues „popełniła” w roku 2003 album o tematyce świątecznej.
Płyta „December” powstała zapewne na zasadzie, że trzeba mieć w swoim dorobku
album o tematyce świątecznej.
Tak robili wszyscy wielcy muzyki pop czy rock. Różnie to
wychodziło różnym wykonawcom. W przypadku zespołu The Moody Blues jest to album
więcej niż udany. I choć jest w wieku więcej niż młodzieńczym, to od pierwszego
odsłuchu zachwycił mnie bez reszty. Ten brak krytycyzmu wobec tego krążka to
przede wszystkim miłość do tej grupy, a nade wszystko repertuar zaprezentowany
na tym wydawnictwie. W sumie jedenaście kompozycji. W tym sześć autorstwa panów
Lodge i Hayward. Reszta to dzieło tak zacnych osobistości muzyki jak John Lennon
i Yoko Ono, Mike Batt i Tim Rice, Zacar i Fred Jay, Gustav Theodore Holst i
Christina Georgina Rossetti oraz bliżej nieznani Irving Berlin i Johann
Sebastian Bach. Cudowne świąteczne dźwięki, które w kilku przypadkach znamy już
z innych wykonań. Mimo wszystko w wykonaniu Justina Haywarda i jego kompanów
brzmią wiarygodnie i najzwyczajniej w świecie niebiańsko. Tak po ludzku po
prostu zachwycają.
Każdy z nas znajdzie tutaj coś dla siebie. „Happy
Xmas (War Is Over)”, „A Winter’s Tale”, „When a Child Is Born” czy „In the
Bleak Midwinter” brzmią w interpretacji The Moodies niezwykle elegancko.
A już porwanie się na muzyczną
świętość, czyli „White Christmas”, znaną i kojarzoną głównie z wykonania Bing’a
Crosby to coś absolutnie fantastycznego.
I jeszcze jedno. To pierwszy album, na którym nie usłyszeliśmy
Ray’a Thomasa. Zastąpiła go na tej płycie Norda Mullen. Niby tego na płycie nie
słychać, ale świadomość, że pozostało już tylko trzech oryginalnych członków
zespołu dawała do myślenia o nieubłaganym upływie czasu.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.