Joe Dassin „Joe Dassin”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ
SZAFY
Już za niedługo w Poznaniu odbędzie się koncert zatytułowany „Paris!
The Show” z najsłynniejszymi francuskimi piosenkami lat 40-tych i 50-tych, z
repertuaru Charles’a Aznavour’a, Jacques’a Brel’a, Edith Piaf, Maurice’a
Chevalier’a, Josephine Baker czy Yves Montand’a. Jednak jego piosenek tam na
pewno nie usłyszymy a to z jednej, prostej przyczyny. Jego popularność
przypadła na lata siedemdziesiąte. Joe Dassin, choć urodził się w Stanach
Zjednoczonych, to jednak piosenki wykonywane w języku francuskim dały mu
powszechną i ogromną popularność.
Właściwie można by nazwać go
męskim odpowiednikiem Karen Carpenter. Dysponujący ciekawym, ciepłym,
powiedziałbym wręcz jedwabistym głosem wokalista, już od pierwszego krążka
znalazł grono swych wielbicieli. Jego melodyjne piosenki szybko zdobywały
popularność, a charakterystyczny głos był w tym wszystkim czynnikiem nie do
przecenienia. Każda jego płyta naznaczona była kilkoma przebojami, a pozostałe
utwory nie spełniały zazwyczaj roli wypełniacza.
Tak też było z albumem
zatytułowanym po prostu „Joe Dassin” wydanym w 1975 roku. Mamy na nim trzy
znakomite przeboje, rozpoczynający całość „Et Si Tu N’Existais Pas” i dwa nie
mniej znane i lubiane kawałki, jako numer 1 i 2 na stronie „B” czyli „Ca Va Pas
Changer Le Monde” i „Salut”. Jest też „Ma Musique”, który jest francuską wersją
wyśmienitego przeboju Rod’a Stewart’a „Sailing”. Mamy też piosenkę „Carolina”
będącą francuskim odpowiednikiem przeboju grupy Sweet Sensation „Sad Sweet
Dreamer”. I brzmią te przeboje w tej wersji naprawdę intrygująco.
W ogóle na całej płycie ciekawe,
proste aranżacje dodają wykonawstwu Joe Dassin niezbędnej wyrazistości. Jego
wokal na tle wspaniale brzmiącego zespołu instrumentalnego błyszczy niczym
gwiazda poranna. Wszystko jest starannie dopracowane i słucha się tej płyty z
wielką przyjemnością. Bo melodyjność i lekkość jest tu zdecydowanie na
pierwszym planie. A takie piosenki, takie płyty zawsze były doceniane. Dziś tak
śpiewających piosenkarzy już nie znajdziemy.
Album „Joe Dassin” zawiera w
sumie dwanaście nagrań, rozłożonych równo po sześć na każdą ze stron płyty.
Wydawnictwo powstało w najlepszym okresie kariery artysty i trzeba przyznać, że
to się na tym krążku słyszy. Szkoda tylko, że tak przedwcześnie przyszło nam
pożegnać Joe Dassin. Na szczęście pozostały nagrania. I płyty. Taka choćby jak
ta.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.