YES „Going For The One”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ
SZAFY
Opowieść o tej płycie zacznę od okładki. A na niej goły mężczyzna
odwrócony do nas pupcią, stojący na tle wieżowców i wpatrzony w błękit nieba.
Prowokacja? Być może. Może miał to być znak, że i zawartość muzyczna tego
albumu będzie inna w porównaniu do tego, do czego zespół nas przyzwyczaił na
poprzednich płytach.
Był lipiec roku 1977 i dopiero co
ukazał się album „Going For The One” grupy YES. Po blisko trzech latach przerwy
sympatycy tej grupy otrzymali pięć nowych nagrań. Mając w pamięci dwa
poprzednie albumy, a w szczególności „Tales from Topographic Oceans”, będący
podwójnym albumem i zawierającym cztery suity, słuchacze oczekiwali kontynuacji
tej stylistyki. Jedni z radością, inni z obawami. Bo zarówno „Tales….” z roku
1973 i „Relayer” wydany rok później, na kolana nie powalały.
Miałem to szczęście, tak mi się
przynajmniej wydaje, rozpocząć poznawanie twórczości grupy YES od krążka „Going
For The One”. A na nim znalazłem naprawdę mnóstwo doskonałej muzyki.
Na stronie „A” cztery nagrania, w
tym jedno, które zaprowadziło zespół na szczyty list przebojów, czyli
„Wonderous Story” zamykające właśnie stronę „A”. Całość zaczyna się od
tytułowego, dynamicznego „Going For The One”. Potem „Turn Of The Century”,
wspaniała ballada z przepiękną linią melodyczną i dużymi instrumentalnymi
fragmentami, będąca drugim wielkim przebojem zespołu. Potem mamy jeszcze
dynamiczny „Parallels” ze znakomitymi fragmentami klawiszy Wakeman’a. I tak
wygląda pierwsza strona tej płyty, krótkie utwory o czystym, klarownym i
dynamicznym brzmieniu. Trochę zaskakujące rozwiązanie dla sympatyków długich i
rozwlekłych form muzycznych. Ale zarazem coś co przysporzyło muzykom nowych
wielbicieli.
A na stronie „B” ukłon właśnie w
stronę miłośników suit, czyli utwór „Awaken”, chyba też jeden z ciekawszych w
ich dorobku. I trzeba przyznać, że ta blisko trzyletnia przerwa jaką artyści
zafundowali sobie po nagraniu albumu „Relayer” dobrze im chyba zrobiła. Czas
spędzili na nagrywaniu solowych produkcji i nabrali nieco dystansu do swoich
wcześniejszych wspólnych krążków. I to na „Going For The One” słychać.
Nie bez znaczenia dla jakości tej
płyty był bez wątpienia powrót Rick’a Wakeman’a. Jego klawisze brzmią jednak
inaczej od tego co proponował Patrick Moraz i to się słyszy. Trudno mimo
wszystko oceniać tę płytę w sposób jednoznaczny, ale na pewno jest jedną z
lepszych w dorobku panów Anderson/Howe/Squire/Wakeman/White, którzy tym albumem
udowodnili, że oprócz długich rozbudowanych form są w stanie stworzyć prostsze
i lżejsze utwory, co nie znaczy że gorsze. Słychać w tych krótszych nagraniach
świeżość i polot, nawet po tych blisko czterdziestu latach.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.