Sally Oldfield

JACEK LIERSCH PRZYPOMINA
Strasznie trudno być siostrą słynnego brata. Jeszcze
trudniej jest mieć dwóch znanych braci, którzy osiągnęli sukces w branży. Taka
sytuacja spotkała panią o nazwisku Sally Oldfield. To starsza siostra Mike’a i
Terry’ego Oldfield.

Tego
pierwszego bliżej przedstawiać nie trzeba, natomiast Terry jest również
kompozytorem i muzykiem, lecz jego muzyka jest zupełnie inna niż ta, którą
znamy z płyt Mike’a. Jeśli ktoś jej nie zna, to polecam szczególnie na
skołatane nerwy.
Wracając
jednak do Sally Oldfield, to jeśli w ogóle można tak powiedzieć, wiodło jej się
najgorzej z rodzeństwa. Pomimo tego, że posiadała szerokie wykształcenie
muzyczne. Czasami jednak jest potrzebny ten przysłowiowy łut szczęścia.
Początki jej scenicznej przygody to rok 1968, kiedy to ona i Mike nagrali płytę
pod szyldem Sallyangie, zawierającą muzykę folkową. Było to jedyne wspólne
dzieło rodzeństwa Oldfieldów, którzy jakoś nie mogli dojść do porozumienia co
do repertuaru. Ich muzyczne drogi rozeszły się.
Sally
Oldfield zdecydowała się na karierę solową, podobnie jak i Mike. Nie było to
jednak łatwe. Dziesięć lat musiała czekać na swój pierwszy solowy album. I na
pierwszy wielki przebój „Mirrors”. Potem było jeszcze czternaście kolejnych
płyt solowych. Wcześniej przed wydaniem pierwszej płyty solowej można było ją usłyszeć
między innymi na albumach Mike’a, takich jak: „Tubular Bells”, „Ommadawn” czy
„Incantations”.
Zaistniała
też na albumie Steve’a Hackett’a „Voyage Of The Acolyte” z roku 1975. Po roku
1984 nagrywała płyty w Niemczech. Firma Bronze Records, która wydawała
wcześniejsze jej albumy ogłosiła upadłość. Artystyczna droga Sally Oldfield nie
była więc usłana różami. Nie miała też wielkiego szczęścia do list przebojów.
Wielka szkoda, bo jej charakterystyczny, delikatny i ciepły wokal w połączeniu
z oryginalnym repertuarem daje niesamowity efekt. To muzyka, której ciągle mało
i mało. Muzyka, której ciągle chce się słuchać.


Jacek
Liersch

Możliwość komentowania została wyłączona.