O tangu we mgle

               O koncercie piosenek „Tango Fogg –
zapomniane piosenki”, w którym kompozytorami muzyki są
m.in. Jerzy Petersburski i Artur Gold, autorami słów – poeci pierwszej
połowy XX wieku (np. Andrzej Włast, Marian Hemar czy Julian Tuwim), zaś
wykonwcami aktor Teatru Nowego w Poznaniu, Radek Elis i jego czteroosobowy zespół.

                Na koncert poszłam głównie przez Radka Elisa. Swego czasu
był on jedną z moich pierwszych ofiar wywiadowczych. To świetny aktor, który ma
też fantastyczny, wręcz czarujący głos. Zresztą dlatego właśnie koncert ten miał
być dla mnie wyjątkowy. Tym bardziej, że doczytałam gdzieś, że „Tango Fogg” to
projekt doświadczonych scenicznie wykonawców,
który swoją premierę miał pod
koniec grudnia 2014 roku na Scenie Wspólnej Teatru Łejery w Poznaniu. Zatem,
wszystko powinno być dopracowane do perfekcji, jeśli na początku nie było.
Niestety, wydaje mi się, że do doskonałości temu projektowi raczej jest
daleko, a pan Radek zupełnie nie pasuje do repertuaru Mieczysława Fogga. Przed koncertem
bowiem myślałam, że nie znam  żadnej piosenki
tego nieżyjącego już artysty. Nie sprawdzałam też w Internecie – rzeczy nieznane
i takie zupełne nowości na koncertach smakują lepiej, o niebo lepiej. Jednak okazało
się, że je znam – i to dość dobrze – z wykonań innych piosenkarzy. Przypomniałam
bowiem sobie, że mam, a raczej miałam – próbowałam ją odszukać w domu, ale mi
się to nie udało – jedną z płyt Archiwum Polskiego Rocka, na której Robert
Janowski śpiewa piosenki Mieczyslawa Fogga. Cóż, on robi to o niebo lepiej niż
Radek Elis, niestety. Zwłaszcza piosenkę „Całuję twoją dłoń, madame”…
Przyznaję to z żalem, tym bardziej że utwory, które śpiewał pan Radosław nie
stanowiły zwykłej kopii tych wykonywanych przez oryginał, tylko zupełnie nową
interpretację twórczości artysty, którego kariera rozpoczęła się w
dwudziestoleciu międzywojennym. Dodać tu wypada, że pan Radek ma charyzmę i –
jako znawca wszelkich tajników działalności teatralnej – ubogacił swój występ
elementami aktorskimi, bo przecież wiersze i anegdoty, które opowiadał ze swadą
pomiędzy piosenkami, przybliżały słuchaczom niezwykły klimat czasów, kiedy żył
Mieczysław Fogg. Nic to jednak nie pomogło – nie dotrwałam do końca koncertu i
wyszłam po jakiejś godzinie z kwadransem. Zrobiłam tak, mimo że powtarzałam  sobie w duchu, że wypada pozostać do końca, bo
może jeszcze zacznie mi się podobać.
Na końcu napiszę jeszcze, trochę jakby słodząc tę cierpką w sumie
koncertową opinię, że pozostali muzycy biorący udział w projekcie „Tango Fogg”,
czyli Jan Zeyland (fortepian albo pianino, czyli w Ósemce akurat elektryczne klawisze),
Michał Gajda (akordeon), Krzysztof Samela (kontrabas) i Mirosław Kamiński
(perkusja) pięknie i bardzo spójnie grali swoje oryginalne i wyraźnie
nawiązujące do jazzu aranżacje piosenek. Brzmienie zespołu było bardzo dobrze wypracowane,
zaś liczne solówki pokazały umiejętności techniczne i interpretacyjne każdego z
instrumentalistów.
Natalia Mikołajska

Możliwość komentowania jest wyłączona.