Paul Mc Cartney „Band On The Run”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ SZAFY
Pamiętam ten dzień, gdy
pierwszy raz usłyszałem tytułowy utwór z tej płyty. Pierwszą myślą było:
wrócili. Ale jeszcze szybciej dopadła mnie kolejna myśl, że to przecież
niemożliwe. Przecież nic nie wskazywało na to, że czterech facetów z Liverpoolu
znów zechce zagrać i zaśpiewać razem. I tak też faktycznie było.
Tym nagraniem, które w ułamku chwili rozbudziło moje marzenia
była piosenka „Band On The Run” Paula Mc Cartney’a i zespołu Wings. Było to tytułowe
nagranie z piątego już solowego albumu Mc Cartney’a, a zarazem trzeciego
nagranego z zespołem Wings. I gdy wracam raz na jakiś czas do nagrań z tej
płyty mam nieodparte wrażenie jakbym słyszał The Beatles z ich najlepszych lat.
Pierwsza strona tego albumu potwierdza moje odczucia. Tu
przebój goni przebój. I gdy przymykamy oczy cofamy się o dekadę wstecz. Pięć
kompozycji, jedna piękniejsza od drugiej.
„Band on the
Run”, „Jet”, „Bluebird”, „Mrs Vandebilt” i „Let Me Roll It” to zawartość
pierwszej strony tego krążka.
Druga strona przynosi nam cztery kompozycje (w wersji
amerykańskiej jeden utwór więcej).
„Mamunia”, „No Words”, „Picasso’s
Last Words (Drink to Me)” i „Nineteen Hundred and Eighty-Five”.
Tym bonusem dla jankesów jest
piosenka „Helen Wheels”.
Ja nigdy nie wstydziłem się powiedzieć, że to co w ramach The
Beatles stworzył Paul Mc Cartney było dla mnie czymś nadrzędnym w stosunku do
tego co było dziełem Lennona. Tak już mam i kropka. I na albumie „Band On The
Run” znajduję to w ilości takiej, która mnie satysfakcjonuje. Zmieniająca się
melodyka utworów, kompozycje zawierające kilka wątków (choćby tytułowy „Band On
The Run”czy „Picasso’s Last Words”) to właśnie to co zachwyca nawet po wielu
latach. To Paul Mc Cartney w najczystszej postaci.
Mamy też na tej płycie kilka ballad („Mamunia”, „Bluebird”),
jest też i trochę mocniejszego grania („Let Me Roll It”). I gdy słucham tego
wydawnictwa ogarnia mnie mimo wszystko pewien rodzaj rozczarowania, że już
nigdy potem nie udało się Sir Mc Cartney’owi nagrać podobnie udanej płyty.
Owszem, było kilka całkiem fajnych wydawnictw jak choćby „London Town” czy
„Venus And Mars”, jednak ostatnie płyty, mimo że nie schodziły poniżej
przyzwoitego poziomu nie przyniosły piosenek, które moglibyśmy nucić już po
pierwszym odsłuchaniu albumu. Ale i tak należy się cieszyć, że mamy do czego
wracać.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.