Czy istnieje coś takiego jak teatr reżyserski?

Andrzej Wajda powiedział kiedyś – można
było przeczytać o tym w prasie albo zobaczyć to w telewizji – że nie chadza już
do teatru, bo współczesny teatr nie jest dramatyczny. Taka, niestety, jest
prawda. Ale jeśli nie dramatyczny, to jaki on teraz jest?





















Pierwsza
odpowiedź na postawione we wstępie pytanie jaka nasuwa się zaraz po
przeczytaniu tytułu tego artykułu, który również stanowi przecież pewne zagadnienie
do rozwiązania, brzmi bardzo prosto: teraz teatr jest reżyserski. Tylko że zaraz
pojawia się kolejne pytanie: skoro już wiemy, że teatr reżyserski istnieje, to co
to tak naprawdę znaczy?
  
Chyba
jednak zacząć by trzeba z jeszcze innej strony i odpowiedzieć sobie na pytanie
o to, co tak naprawdę nazwać można teatrem dramatycznym. Otóż, jest on tym
wszystkim czym był w wyobrażeniach, umysłach i marzeniach wielkich pisarzy,
autorów i dramaturgów, którzy na przestrzeni wieków – poczynając już od Antyku i
Sofoklesa – pisali na jego potrzeby sztuki, przedstawienia, dramaty, tragedie,
komedie i inne tego typu spektakle. Zwykle było tak, że przelewali na papier swoje
myśli, chcieli wyrazić i pokazać światu to co czuli albo zwracali uwagę widzom
w teatrze na takie czy inne sytuacje lub zachowania – czytanie i pisanie
niegdyś nie było tak powszechne jak teraz. Dodać też należy, że autorzy ci pewnie nierzadko, widząc
to co współcześnie dzieje się na scenie podczas ich spektakli, nie mogą zaznać
spokoju i wciąż przewracają się w grobach. Poza tym jest jeszcze coś takiego
jak charakter i klimat dzieła, który nadawali oni każdemu swojemu
przedstawieniu. Taki duch, atmosferę czy nastrój odkryć można tylko w
określonych warunkach, a  te zmieniają
się – i to diametralnie –
wraz z
przesłaniem głównym dzieła.
 
Oczywiście,
taki spektakl (rzec by można eksperymentalny) można sobie obejrzeć i nawet dobrze
na nim się bawić, co jednak zdarza się w tej chwili rzadziej niż kiedyś – wariacje
reżyserskie, bo z tym właśnie mamy do czynienia w teatrze reżyserskim, w coraz mniejszym bowiem stopniu odwołują się do prawdziwych dzieł
–  ale jako że w końcu istnieją, należało
by pozostawić je np. letnim festiwalom teatralnym. Uznane renomowane miejskie i
prywatne tetry, z wielkimi salami, choć także i te z trochę mniejszymi, nie są
najlepszym miejscem do takich eksperymentów. One powinny swoje spektakle
wystawiać z należną im pieczołowitością i dbałością o każdy, najmniejszy nawet
szczegół.
Zróbmy sobie pokaz
Trzeba
teraz przytoczyć tu konkretny przykład, bo choć takie „unowocześnione” i
„odczytane na nowo” spektakle są dzisiaj normą i w każdym praktycznie teatrze
jest ich na pęczki, to bez konkretu jednak się nie obejdzie. Weźmy więc
„Dziady” Radosława Rychcika z Teatru Nowego w Poznaniu. Biorąc pod uwagę to, co
dzieje się na scenie w trakcie spektaklu, że pojawia się tam Marlin Monroe,
Joker z „Batmana”, że jesteśmy świadkami jakichś knowań Ku Klux Klanu, wygląda
na to, że Adam Mickiewicz wszystko to wyczuwał podskórnie. Szczególnie świadomy
zaś był działań powstałej po wojnie secesyjnej, czyli zaledwie 10 lat po swojej
śmierci, organizacji rasistowskiej w Ameryce. A może jednak zainspirował się
jakoś piękną Marlin? Wiadomo przecież, że był to pies na baby…
Trzeba
nam  jednak wrócić do rzeczywistości i
stwierdzić, że w tej chwili, gdy na afiszu tego czy innego teatru pojawia się
zapowiedź nowego spektaklu powszechnie uznanego autora czy dramaturga, to z
całą pewnością nie zobaczymy np. „Leara” Szekspira Wiliama czy też innych
tego typu przedstawień, a jedynie swobodną interpretację – można też powiedzieć wariację – reżyserską na bazie tego danego dramatu, przy czym coraz
częściej łączy się je w grupy, a więc tych danych dramatów jednego autora. Wydaje się to
niegodne – tak wielkim autorom jak Adam Mickiewicz czy Wiliam Szekspir
właśnie należy się szacunek. Poza tym nie godzi się pozwalać żadnym
teraźniejszym „geniuszom reżyserii” odkodowywać tajnych zakamarków ich
sztuk czy dramatów. Często bowiem graniczy to z absurdem a nawet z profanacją. Dlatego
rodzi się pytanie o to co w przypadku przedstawienia teatralnego oznaczają
wyrażenia: „aktualizacja” i „nowe odczytanie”. Czy w tej chwili przypadkiem
nie jest to doszukiwanie się czegoś, czego w tych dziełach nigdy nie było i nigdy
nie będzie? Są bowiem spektakle, gdzie taki wspaniały architekt reżyserii
beztrosko może sobie „wyciąć”  połowę, a
czasami i cały akt, bo coś mu się w nim nie podoba. Takie zabiegi chyba nie są wcale
„nowym odczytaniem”, ale raczej objawem pychy współczesnych „twórców”,
dla których prowokacja i szokowanie są główną formą wypowiedzi.  Poza tym z formalnego punktu widzenia używanie
oryginalnego tytułu i nazwiska autora na afiszu jest tu co najmniej nadużyciem.
A co
widzowie?
Trzeba zapytać także
dla kogo owe przedstawienia są realizowane? Albo może raczej: czego oczekuje od
nich przybywający do teatru widz? Chodzi tu o zwykłego, szarego a może nawet masowego
widza, chociaż owa „masowość” w odniesieniu do widowni teatralnej zawsze
będzie miała charakter umowny (ludzie przecież wolą teraz kino). Jednak wydaje
się, że ogromna większość widzów teatralnych oczekuje i pragnie spotkania z
zapowiedzianym na afiszu dziełem w jego czystej postaci, nie zaś z wariacjami
na jego temat, ani tym bardziej – ze swobodną sceniczną fantazją luźno tylko z
treścią dzieła związaną. Dlatego realizatorzy, aby zachować choć odrobinę
szacunku dla odczuć swoich widzów, nie powinni ubierać bohaterów z dawnych epok
w dzisiejsze stroje, gdyż zabieg taki, wbrew temu co niektórzy twierdzą, nie
zrobi z owych bohaterów postaci bliższych współczesnemu widzowi, a jedynie skomplikuje
niejednokrotnie i tak niejasną już sytuację i narzuci im odmienne od powszechnie
oczekiwanych zachowania. Jeśli ktoś (szczególnie jeden taki czy drugi „geniusz”
reżyserii) zdoła w treści wystawianego dzieła odnaleźć ciekawe, niedostrzegane
dotąd przez innych wątki i w odpowiedni sposób je wyeksponować, to wtedy możemy
mieć do czynienia ze spektaklem frapującym, odkrywczym, a może nawet – wielkim.
Natomiast przypisywanie bohaterom intencji i działań, o jakich nie śniło się
autorom dzieła, jest – trochę się powtarzając – zwykłym nadużyciem.

Zresztą,
podobnie dzieje się z klimatem danego utworu w przypadku  lokowania akcji w zupełnie innej i kompletnie przez
autorów nieprzewidzianej scenerii – on jest już zupełnie inny i spektakl jest inny.

Trochę
historii z krzyżem w tle
Był
taki czas w historii, kiedy z kościołów niejednokrotnie wyrzucano gotyckie
ołtarze po prostu do ogniska (było na nich umieszczone z reguły wiele
mniejszych scen biblijnych). Uważano je bowiem za przestarzałe i zastępowano
barokowymi (na takich ołtarzach prezentowano jedną scenę – najczęściej z
krzyżem – i ewentualne postacie różnych innych świętych).  Zresztą działo się tak przy każdej zmianie
stylu architektury. Wracając jednak do Baroku, to przyznać należy – jak robili
to ówcześni mieszkańcy globu – że barokowe ołtarze są  piękne, ale bardzo chętnie oglądaliby – jak robilibyśmy
to i my teraz –  także te przestarzałe
gotyckie. Ale było ich znacznie mniej. Czy podobnie nie stanie się kiedyś z
teatrem? Czy za jakiś czas nie znajdziemy się w ślepej uliczce, bo nie będzie
już do czego wracać, a teatr reżyserski zniszczy całkowicie teatr dramatyczny?
Natalia Mikołajska

Możliwość komentowania jest wyłączona.