CELNY ARTYSTA – Wywiad z Tomaszem YomaY’em Kapitańczykiem

Kiedyś –w styczniu bodajże – w „Svejkowym”
Konkursie Natchnienie wziął udział poznański zespół „SZA!”. Generalnie mi się podobało,
pomyślałam więc, że miło by było, gdyby jego wokalista zgodził się na wywiad ze
mną. Pan Tomek Kapitańczyk, bo to on był – i cały czas jest – tym wokalistą, przystał
na moją propozycję bez chwili wahania. Lubię takie ofiary wywiadowcze.
Tomasz
YomaY Kapitańczyk

ZALĄŻEK SZKOLNY

Natalia Mikołajska: Zacznijmy od początku:  jak to się stało, że celnik śpiewa w zespole
muzycznym? Albo nie, nie tak, rozpocznijmy wywiad inaczej – inne pytanie: jest
pan celnikiem?
Tomasz Kapitańczyk: Tak,
jestem celnikiem. Zupełnie przypadkiem. I to od 19 lat.
A jakie ma pan wykształcenie?
Skończyłem politologiczne
studia dziennikarskie i później, żeby było jeszcze śmieszniej, podyplomową
logistykę na Politechnice Poznańskiej. Ale ostatecznie jestem nie-dziennikarskim
i nie-logistycznym celnikiem.
Panie Tomku, a jak to się stało, że celnik, absolwent dziennikarstwa i
logistyki śpiewa?
To było jakoś tak na
przełomie podstawówki i technikum energetycznego, do którego chodziłem. Miałem około
15 lat i po raz pierwszy usłyszałem płytę „Starego Dobrego Małżeństwa” z piosenkami
Stachury. Usłyszałem i… narodziłem się na nowo. To właśnie wtedy jedynym celem
mojego życia stała się nauka gry na gitarze i śpiewanie, a później pisanie
swoich piosenek. Tak się uparłem, że w końcu czegoś tam się nauczyłem i
zacząłem śpiewać publicznie. Dodam tylko, że jestem kompletnym samoukiem – nigdy
nie wziąłem żadnej lekcji gry na gitarze ani żadnej lekcji śpiewu, co niestety
często słychać. Zresztą, nie mam też żadnej tradycji muzycznej w rodzinie albo
raczej prawie żadnej – mój ojciec śpiewał kiedyś w Chórze Stuligrosza.
Czy to koledzy podrzucili panu tę płytę?
Nie, nie, jeśli chodzi
o „Stare Dobre” i ich muzykę, to byłem totalnym odludkiem w towarztstwie. Moje
pokolenie wychowało się na cięższym graniu. Słuchaliśmy wtedy „Led Zeppelin”, „Deep
Purple”, „Black Sabbath” czy „AC/DC”. Na koncercie „Black Sabbath” byłem
zresztą dwa lata temu i powiem, że to niesamowite przeżycie – słuchać tego
zespołu jako dzieciak i mieć prawie 46 lat i być teraz na ich koncercie – aż
nie chce się wierzyć, że ci starsi panowie 
po tylu latach potrafią tak dobrze grać.
„Stare Dobre Małżeństwo” z ciężkim graniem raczej niewiele ma
wspólnego.
Właśnie. Wtedy prawie całe
moje pokolenie wręcz fascynowało się głośnym i ciężkim graniem i kiedy nagle
usłyszałem to „Małżeństwo”, coś kompletnie różnego, kompletnie nie z tego
świata muzycznego i kompletnie nie z mojej bajki, powaliło mnie na ziemię. Było
to wręcz metafizyczne, a nawet mistyczne przeżycie, które pamiętam do dziś.
Co dokładnie pan pamięta?
W sumie okoliczności
było zwyczajne. Byłem w moim małym pokoju w bloku, mieszkałem jeszcze z
rodzicami, czułem się dobrze, magnetofon zaczął grać, światło nie było nawet przygaszone,
nie było więc żadnej magicznej atmosfery i wtedy to po raz pierwszy ich
usłyszałem. I stało się. Ta muzyka musiała siedzieć we mnie od dawna.
A skąd miał pan kasetę?
Nie wiem już kto mi to
polecił. Po prostu nie pamiętam. Zresztą to szczegół. Nie miało to dla mnie
kompletnie żadnego  znaczenia, bo jeden
świat mi się wtedy skończył, a drugi zaczął.
To wtedy, panie Tomku, powstał zespół „SZA!”?
Nie, gdzież tam. „SZA!”
istnieje od 2009 roku, ale wcześniej miałem parę innych składów, które ze mną
grały.
Czyli?
Moim pierwszym
zespołem było trio – dwie gitary i bas. Założyłem je po kilku latach od
usłyszenia „Starego Dobrego”, kiedy nauczyłem się już trochę grać. Dodam,
odnośnie grania na gitarze, że w sumie cały czas gram raczej intuicyjnie, nie
znam nut i nie zapuszczam się wyżej niż na czwarty próg, a co za tym idzie
potrafię zagrać jakieś 6 czy 7 akordów w wersjach bardzo podstawowych. Innych
chwytów  nie znam i – muszę powiedzieć – dobrze
mi z tym. Grajkowie, czy autorzy śpiewający tak już chyba mają. Mam taka teorię
na ten temat, że ów śpiewający autorzy dostali tyle „małych talentów”, czyli
śpiewania, grania, pisania, komponowania, że 
żaden z nich nie jest tzw. „wielkim talentem” .
A jak się nazywało to pańskie pierwsze trio?
Trio było beznazwowe.
Mówiliśmy o nim po prostu trio, a występowaliśmy chyba pod moim nazwiskiem –
nie pamiętam dokładnie. Pamiętam za to nazwę mojego kolejnego składu – był to
„Matriarchat”. Ta nazwa stąd, że w zespole byłem ja i pięć dziewcząt.
Dziewcząt?
Tak. To były moje
podopieczne z obozu. Miałem taki okres w życiu, długi nawet, kiedy jeździłem
jako wychowawca obozowy, kolonijny albo i kierownik na obozy właśnie. Kiedyś pojechałem
z klasą z podstawowej szkoły muzycznej i jakoś tak od słowa do słowa
założyliśmy ten „Matriarchat”. Były w nim skrzypce, flet, gitara basowa,
pianino i zwykła gitara. Braliśmy udział w paru festiwalach i przeglądach,
zdobyliśmy kilka nagród i wyróżnień, ale ostatecznie zespół się rozpadł.
Dlaczego, co się stało?
Ja miałem wtedy 23,
może 24 lata, a dziewczęta miały po 15. Mieliśmy razem nieprawdopodobny
potencjał – każda śpiewała, każda grała, i to na każdym instrumencie. Jednak
dziewczyny, a raczej dziewczęta były świeżo po podstawówce, a nie jest to czas
na zakładanie zespołu i chodzenie na próby, bo tworzenie muzyki jest w sumie
ciężką pracą. Tymczasem one zaczynały właśnie liceum, w głowie miały chłopaków
i nowe przyjaźnie, a nie granie wciąż zespole i dyscyplina prób.  
Czyli mógł pan zacząć myśleć o powołaniu np. „Patriarchatu”.
Nie, nie mogłem, bo kiedy
„Matriarchat” się rozpadł, miałem kryzys i moment zwątpienia, bo może wcale nie
powinienem tego robić, skoro wciąż mi nie wychodzi i nie wychodzi. W efekcie
albo raczej skutkiem tego zacząłem pisać piosenki do szuflady. One jednak
bardzo chciały się z niej wydostać i tak powstał zespół  „Sexy Eleonora”.
Była jakaś Eleonora?
Oczywiście że była,
jednak ta miłość była czysto platoniczna, a na dodatek z ekranu telewizyjnego.
Po prostu była taka siatkarka  – stale
jest, choć już nie gra, bo latka jej na to nie pozwalają – nazywała i wciąż się
nazywa Eleonora  Dziękiewicz. Ja się nią po prostu zauroczyłem, jak dzieciak z podstawówki
 i dlatego tak nazwałem zespół. Jednak
działał on względnie krótko. Następny zespół to już „SZA!”.
Czyli mamy powrót do teraźniejszości – skąd on się wziął?
Tylko nie mylić z
filmem „Powrót do przyszłości Roberta Zemeckisa z lat 80’…
Właśnie, prosimy nie mylić. Skąd się wzięło „SZA!”?
Zespół istnieje od
kilku lat i jest wypadkową piosenki poetyckiej i ciężkiego grania. To
połączenie gitary elektrycznej i perkusji z piosenką poetycką. Dodam tutaj, że „Stare
Dobre” tych instrumentów w ogóle nie posiadało.
Czy reszta członków „SZA!” to też samouki?
Gdzież tam. I całe
szczęście! To genialni, profesjonalni muzycy. Zresztą lubię otaczać się ludźmi,
którzy wiedzą co dzieje się za czwartym progiem. Tym bardziej, że na koncertach
z zespołem, ja nie gram. Moi muzycy (lubię tak ich nazywać) pokończyli szkoły
muzyczne i wiedzą jak się gra na instrumentach. W sumie jestem dużym
szczęściarzem. Znalazłem profesjonalnych muzyków, którzy chcą grać z
amatorem-samoukiem – to tak w skrócie i w dużym uproszczeniu. Istnieje jednak
podobno i druga strona tego zagadnienia, otóż ci właśnie profesjonalni muzycy
ponoć w jakiś sposób „zazdroszczą” tym amatorom, że mimo braku wykształcenia,
czy ukończenia szkół muzycznych potrafią tworzyć muzykę. Zresztą to wszystko
jest nieważne. Ważne jest to, że grupa ludzi spotkała się w jednym miejscu, w
tym samym czasie i ma ogromną frajdę z muzykowania.
Dlaczego taka nazwa?
W sumie nie wiem. Mnie
osobiście od początku się ona do końca nie podobała, bo lubię kiedy nazwa coś
znaczy, jak ta moja poprzednia „Sexy Eleonora”. Nazwę „SZA!” wymyślił mój
kolega perkusista z pierwszego składu zespołu – Sławek Jaworski, który dawno już
z nami nie gra, bo musiał za granicę wyjechać za chlebem. Szkoda, bo  był bardzo zaangażowany. Wiem zresztą, że
pojechał z ciężkim sercem.
Pod każdą piosenką zespołu „SZA!” widnieje adnotacja, że słowa i muzyka
Tomasz YomaY Kapitańczyk, ale twierdzi pan, panie Tomku, że nie komponuje,
proszę więc powiedzieć co pan robi z muzyką?
Nawet kiedyś
konsultowałem to z ludźmi z zespołu, pytałem czy to w porządku, bo to oni w
sumie aranżują wszystkie dźwięki, a których ja, nie wychodzący poza czwarty
próg gitary, nigdy bym nie wymyślił. Potrafię pisać tylko proste melodie, które
oni aranżują i czynią z nich cuda. Dlatego ja nie komponuję ani nie mówię o
komponowaniu muzyki, bo robili to Mozart, Penderecki, Chopin, Marek Grechuta i Grzegorz
Turnau. Nie ja.
To samo gra pan na swoich solowych występach?
Nie, nie, muszę tu
powiedzieć, że moja twórczość – jeśli oczywiście można w ogóle tak powiedzieć –
idzie dwutorowo, czyli po pierwsze to, co nadaje się do zespołu „SZA!”, do
tego, żeby trochę przygrzać głośniej na perkusji, gitarze, fletach i tak dalej.
Po drugie natomiast to jest to moje „Stare Dobre”, przy czym ja zawsze szanuję
też poglądy członków mojego zespołu i jeśli coś im się nie podoba, jeśli jest
za bardzo poetyckie, to ja to szanuję i po prostu w zespole tego nie gramy.
Czyli podchodzi pan do sprawy z lekką ręką.
Można tak powiedzieć.
Nie jestem jakimś ortodoksem,  poza tym w
„SZA!” panuje pełna demokracja i nie ma tak, żeby jeden rządził i trzymał za
mordę cały zespół, a wszyscy się męczyli grając jakiś kawałek. Zresztą unikam tego,
bo to źle wpływa na muzyczną atmosferę zespołu, choć prywatnie wszystko zawsze jest
OK. Dbam po prostu o to, żeby ludzie z zespołu mieli przede wszystkim wielką frajdę
z grania muzyki. I tyle.
Powie pan w końcu coś bliżej o tych swoich solowych występach, panie
Tomku?
Skoro pani tak naciska,
pani Natalko, powiem – kiedy śpiewam solo, śpiewam raczej tylko te takie moje, czyli
typowo poetyckie piosenki – jestem przecież wielkim fanem „Starego Dobrego
Małżeństwa” – i śpiewam je, ale z towarzyszeniem tylko i wyłącznie mojej
pierwszej i ostatniej żony, czyli gitary.
Dość nietypowy związek małżeński.
Zgadzam się z panią.
Ale przynajmniej wiem, że ona zawsze będzie mi wierna. Do końca życia. Dodam,
że tak w ogóle, to chciałbym wszystko z zespołem grać, bo jeśli śpiewam solo,
to z góry skazany jestem na przegraną. Głównie przez to, że jest tu tylko jeden
instrument – gitara – i że to ja na nim gram, a przecież tak naprawdę wcale nie
umiem tego dobrze robić.
A często zespół „SZA!” odrzuca piosenki?
Po 2-3 razach sam już
dokonuję „autocenzury”, choć lekki niepokój, czy piosenka zostanie przyjęta
pozostaje. Zresztą śpiewający autor z czasem gubi dystans do swoich piosenek.
Wtedy z „pomocą” przychodzi zespół. Gorzej jeśli zdania w samym zespole są podzielone.
Wtedy trzeba się jakoś dogadać i pójść na kompromis.
Na jakim Festiwalu był pan w ostatnią niedzielę i nie mógł zostać moją
ofiarą wywiadowczą?
W Zielonej Górze na
eliminacjach do OFPY, czyli Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Artystycznej.
I jak było?
To była katastrofa –
miałem problemy z gitarą, ale lepiej o tym nie mówmy. Całe szczęście, że te
moje „solówki” traktuję z ogromnym dystansem. Jeżdżę na festiwale głównie ze
względów towarzyskich, żeby spotkać się z bracią festiwalową, pooddychać tym
specyficznym powietrzem, poobcować z ludźmi o tej samej wrażliwości. Tego nie
da z niczym porównać. Ludzie skaczą ze spadochronem i tam szukają wrażeń, a ja
wsiadam w samochód, jadę 400 km. , słucham po drodze muzyki, a wieczorem siedzę
przy kominku czy ognisku i tę samą muzykę gram z fantastycznymi ludźmi.

ZALĄŻEK TEKŚCIARSKI

Porozmawiajmy więc teraz, panie Tomku, o tekstach – śpiewa pan tylko
swoje piosenki?
Nie potrafię chyba
wyobrazić sobie, że śpiewam publicznie na scenie coś, co nie byłoby moją
emocją. Piosenka to jest mały teatr, więc oczywiście w każdej jest tam ileś gry
i pozy, ale ostatecznie to co śpiewam musi być szczere i musi być takie czysto
moje. A poza tym nie mam warunków głosowych żeby śpiewać nieswoje rzeczy. I
niech to nie będzie kokieterią.
A nie pomyślał pan o śpiewaniu piosenek innych, dobrych autorów?
Jestem śpiewającym autorem.
Do szczęścia publiczne śpiewanie coverów nie jest mi potrzebne. Mogę oczywiście
gdzieś przy ognisku zaśpiewać parę piosenek z kręgu Krainy Łagodności i nie
tylko , bo je znam. Jednak, jeśli jestem na scenie, to śpiewam tylko moje.
Tak dużą wagę przykłada pan do tekstów?
Tak, kiedyś ktoś
powiedział mi nawet, żebym przestał się z tym przejmować, bo w zasadzie nikt
nie przykłada już wagi do tekstów. I może trochę racji miał, ale ja mam to
gdzieś, bo w takim razie co ja mam śpiewać – książkę telefonicznej, instrukcję obsługi
wiertarki? Myślę, że tekstem można przekazać w piosence dziesięć razy więcej
emocji niż muzyką. Ja się wychowałem na „Kabarecie Starszych Panów”, Osieckiej,
Stachurze, Waligórskim, Kofcie i moim „Starym Dobrym Małżeństwie”…
A mówił pan, że na ciężkim, głośnym graniu spod znaku „Black Sabbath”.
Jak było naprawdę?
Piosenka literacka
pojawiła się później, jako kolejny etap mojej muzycznej edukacji. Potem
edukacja przerodziła się w miłość i tak już zostało. Wspomniałem na początku,
że skończyłem Dziennikarstwo. Na pierwszym roku zacząłem pracować w Radiu Afera
i tam przez 14 lat prowadziłem audycję Poezja Śpiewana – idealna i wręcz
wymarzona możliwość podzielenia się ze światem moimi fascynacjami muzycznymi.
Ale wracając, w
piosenkach, które mnie wychowały, były tylko emocje. One nie zawierały żadnych
miałkich tekstów, typu „słodkiego, miłego życia, jest tyle gór do zdobycia”, bo
to w sumie nic nie znaczy. Po co więc taki tekst? Śpiewanie takich rzeczy jest
kompletną bzdurą. One nie wnoszą nic w życie słuchaczy.
Śpiewa pan tylko po polsku, dlaczego?
Po prostu nie znam na
tyle dobrze żadnego języka obcego, żeby w nim moje emocje zapisać. A poza tym
mam tu takie pytanie do pani: w jakim my w końcu kraju żyjemy? W Chinach,
Finlandii czy może Zjednoczonych Emiratach Arabskich? Ostatecznie mogę postarać
się zaśpiewać np. po chińsku, jak nasz discopolowy potentat, ale nikt tego nie
zrozumie więc po co?
Żyjemy w czasach, kiedy praktycznie wszyscy wokaliści śpiewają po
angielsku…
Jacy wszyscy? Przecież
mamy „VOO VOO”, „Raz Dwa Trzy”, moje „Stare Dobre” i jeszcze wiele, wiele
innych polskojęzycznych zespołów. Także myślę, że tak źle, żeby wszyscy po
angielsku śpiewali jeszcze nie jest. Chociaż można też powiedzieć, że w pewnym
sensie ma tutaj pani rację i większość to robi, chociaż z reguły są to ludzie
mający nie więcej niż 25 lat. Ja ich jednak nie rozumiem, nie chcę zrozumieć  i jestem tego raczej przeciwnikiem.
A co pan powie o Soyce czy Mietku Szcześniaku, którzy  śpiewają po angielsku,
a nie mają 25 lat? Grzegorza Turnaua też chyba gdzieś kiedyś na śpiewaniu po
angielsku przyłapałam.
Dodam, że jestem strasznie
wyczulony na kwestię śpiewania po angielsku, ale ostatecznie to nie moja
sprawa. Zresztą często pytam wokalistów, dlaczego tak robią.
I co odpowiadają?
Tłumaczą się bardzo różnie.
Do mnie jednak zupełnie to nie trafia, choć poniekąd ich rozumiem. Oni są
młodzi – w większości są młodzi – i dla nich angielski jest drugim językiem,
nie ojczystym, ale drugim językiem, którym na co dzień się posługują i potem  tak to jest, że również śpiewają piosenki po
angielsku.
O! Ponownie się pan zgadza ze mną, zwykłym oprawcą wywiadowczym?
 Tak, w pewnym sensie się zgadzam, ale tylko w
tym młodym sensie. Powiem jeszcze, że oni – niestety – nie dbają wcale o
polszczyznę, o zabawy słowem, jej piękno i głębię. A szkoda.
Nie wszyscy śpiewający po angielsku posługują się nim na co dzień.
Może to i prawda. Ale
podobno łatwiej śpiewa się po angielsku – nie ma tych ‘ś’, ‘ć’, ‘ź’ i się nie
świszczy ani nie szeleści – w angielskim są takie gładkie końcówki. A poza tym
nawet największy banał, najbardziej głupi czy trywialny tekst brzmi po
angielsku lepiej niż po polsku. Weźmy na ten przykład słowa „give me your handi zwykle „podaj mi swoją dłoń” po
polsku…
Ale jest nawet taka piosenka, nie pamiętam jakiego zespołu, z tekstem
„podaj mi swoją dłoń”.
Tak, zgadzam się. Mimo
to, takie angielskie gładkie „give me your hand brzmi o niebo lepiej, jak coś z innego, dalekiego świata. Jest może
nawet bardziej szlachetne. Natomiast polskie „podaj mi swoją dłoń” jest zwykłe,
twarde … Jeśli jednak miałbym coś powiedzieć w obronie wszystkich tych polskich
wokalistów śpiewających po angielsku, to…
Będzie pan ich teraz bronił?
Tak, będę, ale bardzo
przewrotnie. Zatem, jeśli miałbym w ich obronie coś powiedzieć, to stwierdzę,
że niektóre polskie zespoły – mam tu na myśli „Bajm” czy „Kombi” – ale również inni
polscy wokaliści, tak kaleczą nasz język, takie bzdury wyśpiewują, że lepiej by
było dla nich, dla języka i przede wszystkim dla nas, żeby śpiewali po
angielsku. Na pewno ja bym wolał, żeby śpiewali w jakimkolwiek innym,
niezrozumiałym dla mnie języku.
Jest taka zasada mówiąca, że jesteś tak dobry, jak twój
ostatni tekst.  Jest pan tak dobry, jak
pański ostatni tekst?
Hm, moja skromność, oczywiście, od razu tu zaprzeczy,
bo nie mnie oceniać. Jednak chyba nawet trochę się tutaj pochwalę – moją
ostatnią piosenkę, którą napisałem jakieś 10 dni, może 2 tygodnie temu śpiewałem
w tej Zielonej Górze, dla mnie katastrofalnej Zielonej Górze. Kiedy zszedłem ze
sceny jakiś obcy mi zupełnie facet podszedł i powiedział, że ta piosenka jest
cudowna, chętnie wykupi ode mnie prawa autorskie i zaaranżuje ją na zespól.
Kiedy najlepiej pisze się panu nowe teksty?
Kiedy jestem oczywiście
nieszczęśliwie zakochany, bo przecież bycie nieszczęśliwym daje więcej tematów
do piosenek.
A kiedy do tekstów  tworzy pan
muzykę?
Zacznijmy od tego, że
w życiu napisałem może dwie linie melodyczne do nie swoich tekstów. Generalnie
jednak to jest tak, że muzyka przychodzi do mnie razem z tekstami. Po prostu
siedzę sobie z gitarą, coś tam mruczę, coś gram i nagle wpada mi do głowy jakiś
pomysł, a wtedy to już go ciągnę i układają mi się w głowie nowe zwrotki.
Czasami wystarczy jeden wieczór i już mam piosenkę, a czasem trzeba na to kilku
tygodni albo nawet miesięcy.
A jeśli trzeba tych kilku miesięcy, to czy wspomaga się pan czymś, np.
pije piwo albo jakiś inny chmiel?
Oczywiście, wspomagam
się chmielem, wódką, kokainą i marihuaną. To zresztą wpisane jest w obowiązki wszystkich
służb mundurowych. Dlatego każdy celnik tak robi. I proszę tak na mnie nie
patrzeć, pani Natalko… Nie, nie wspieram się niczym. Kiedy piszę teksty, wolę
mieć trzeźwy umysł.
A nie popala pan sobie?
Nie i pani dobrze o
tym wie, bo kiedyś już o tym rozmawialiśmy.
Wiem, wiem. Pytałam zaczepnie… Panie Tomku. Jakie ma pan wzory do
naśladowania jeśli o tekściarzy chodzi?
Oprócz „Starego
Dobrego” takim moim guru jest Piotr Bukartyk. Ten facet jest dla mnie nieprawdopodobny
i śpiewa cudowne po prostu rzeczy.
Bob Dylan ponoć na jedną piosenkę, która ujrzała światło dzienne, odrzucał dziesięć
innych. Jak jest u pana?
Chciałbym
mieć taką wenę, żeby móc to robić. To tak jak Piotr Bukartyk – on co tydzień w
piątek przynosi do Porannego Programu Radiowej Trójki, do Wojciecha Manna taką
nową piosenkę, której ja bym przez całe swoje życie chyba nie napisał. One mnie
wręcz powalają i proszę tak nie patrzeć – wiem, że nadużywam tego słowa… Powiem
jeszcze, że jeśli można mówić o darze pisania piosenek, to Piotr Bukartyk na
pewno ma taki dar.
Nigdy pan piosenek nie odrzuca?
Odrzucam.
Pewnie, że odrzucam – trzeba czasami być w końcu choć trochę jak Bob Dylan – i poza
tym nie wszystkie moje piosenki ujrzały światło dzienne.
Nie wszystkie wychynęły z szuflady?
Tak,
nie wszystkie wychynęły z szuflady. Poza tym z reguły odrzucam je dopiero po
jakimś czasie, bo dana piosenka nie wyraża już takich emocji, jakie wyrażała
wcześniej albo po latach znaczy coś zupełnie innego – piosenki rodzą się
przecież z emocji, ich żywot bywa krótki, choć może być bardzo intensywny. Jeśli
warstwa tekstowa z czasem staje się zbyt trywialna i banalna, to trzeba wręcz
daną piosenkę wyrzucić z programu. Piosenki bowiem nie bronią się przed czasem.
A zapisuje pan pomysły na teksty lub muzykę, żeby nie zapomnieć np. na
drugi dzień?
Jeśli
już, to zapisuję na dyktafonie pomysły na linie melodyczne. Tekstów nie
zapisuję, bo nie jestem poetą,
ja nie piszę wierszy, piszę teksty, a to
zupełnie inna baja.
Wiele z pańskich piosenek opowiada o tym co dzieje się w duszach obu
partnerów, i że zawsze w sumie przytrafia się im to samo. Dlaczego?
Bo życie, pani
Natalko, nie jest bajką, a w związkach – również małżeństwach – bywa kolorowo,
ale czasami jest też szaro, a nawet czarno.
Czyta pan poezję?
Kiedyś czytałem, dużo
nawet. Teraz to już raczej nie.
Ale przecież tekściarze muszą czytać, żeby pisać. Co pan czyta?

W tej chwili wolę prozę i
beletrystykę, głównie polską. Powiem jeszcze, że kiedyś  była to głównie literatura faktu, ale teraz wystarcza
mi dobra fikcja literacka.

Ładnie kończy się pana piosenka pt. „Mój strach”. Lubi pan tak mruczeć
na końcu piosenek?
Widzi
pani, nigdy o tym nie myślałem. Po prostu autor śpiewający nigdy nie zwraca
uwagi na to jak śpiewa – czy to jest poprawnie, równo i w tempie wyśpiewywane.
On musi poprzez tekst wyrazić  po prostu
swoje emocje. No i rzecz najważniejsza – na tej scenie musi być do bólu
szczery.

ZALĄŻEK
KRYMINALNY

 Będziemy teraz mówić o piosence zespołu „SZA!”
pt. „Więzień” i stąd te moje kryminalne skojarzenia, jeśli chodzi o podtytuł
tej części wywiadu. Sama piosenka jest dosyć krótka – trwa niecałe 3 minuty, przynajmniej
ta wersja radiowa, którą pan Tomek dostarczył mi przed spotkaniem. Piszę to dlatego,
że ostatnio zespół „Więźnia” przearanżował i teraz słuchać jej można przez aż prawie
8 minut. Dla mnie to cudowne, bo bardzo mi się ona podoba. Klikając poniżej, państwo też mogą jej posłuchać, jednak jest to ta wersja 3.minutowa  z tego prostego względu, że piosenka w
wariancie dłuższym nie została jeszcze nagrana.

 

Zespół „SZA!” na Festiwalu w Oleśnie


Kto wymyślił ten drugi towarzyszący, choć dosyć nieśmiało, panu głos
przez całą piosenkę?
Nieśmiało powiem, że
ja.
A kto jest tym głosem?
Nieśmiało powiem, że
ja.
Jak to pan?
Tak się zdarzyło –
wiosna, wiosna, ach to ty? Tak, to ja… W zespole nikt nie chce śpiewać. Ile ja
bym dał za to, żeby któryś z chłopaków choć czasami troszeczkę mi pomagał, bo
jeśli już – ale to rzadko – wspiera mnie głosowo grająca na flecie  Asia Zielecka.
To dlaczego towarzyszy pan sobie nieśmiało?
Taka jest konwencja
całej piosenki… Poza tym „Więzień” to nasza pierwsza studyjnie nagrana
piosenka. Jeszcze nie do końca orientujemy się w technicznych możliwościach
takiego nagrywania. Następnym razem z pewnością dołożymy więcej głosów do
mojego wokalu.
A co wy tak – z tą pana ukochaną – pływacie we krwi i pod skórą swojej
drugiej połówki?
Czyżby nigdy nie piła
pani krwi? Nie wie pani, pani Natalko, co pani traci. Ale tak na poważnie, to
gdzieś w tej mojej łepetynie tak mi się skojarzyło – że ta prawdziwa miłość
wchodzi pod skórę, do  krwioobiegu i że
aby się jej pozbyć, trzeba by sobie przetoczyć albo i wytoczyć krew. Taka
poetycko-medyczna retoryka.
Śpiewa pan o nadziei. Czy więźniowi jest ona potrzebna?
Wszystkim jest
potrzebna nadzieja, a więźniowi miłości to chyba szczególnie. Myślę, że jest to
jedna z najfajniejszych i najcenniejszych rzeczy, jakimi zostaliśmy w ogóle
obdarzeni. Gdyby nie ona, to każdy po najmniejszej porażce raczej by się już nie
podniósł. Bo człowiek korzysta z nadziei w mniejszym lub większym stopniu.
Ale ludzie w beznadziei też żyją. I przeżywają lata całe.
Nie zazdroszczę im…
Josif Brodski, poeta rosyjski powiedział, że człowiek
zniewolony, czyli więzień – ten z tytułu pańskiej piosenki – zawsze uważa, że
ktoś inny winien jest temu co się stało. Co myśli więzień?
Nie wiem co myślą inni
więźniowie, więźniowie miłości. Nie będę chyba oryginalny, jak powiem, że tak
naprawdę, to czego w życiu większość z nas pragnie, to właśnie miłość, ta
prawdziwa, ta która potrafi uwięzić, na dożywocie. Jeśli ja dostałbym taką, to z
radością do takiego więzienia się przeprowadzam.
Natalia Mikołajska

Możliwość komentowania jest wyłączona.