Tony Banks „A Curious Feeling”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ
SZAFY
Tony Banks i jego debiutancka, solowa płyta z roku 1979 zatytułowana „A
Curious Feeling”. Cóż by tu o niej powiedzieć? Że debiutancka już się
powiedziało, że solowa również. Trzeba też dodać, że to płyta dobra i ciekawa.
Gdy w 1978 roku ukazała się płyta
grupy Genesis „…And Then There Were Three…”, nagrana w trzyosobowym
składzie, mało kto chyba spodziewał się, że rok później któryś z panów z
Genesis wyda solowy album. A to właśnie Tony Banks zapoczątkował serię solowych
produkcji, będąc jednocześnie członkiem grupy.
Jedenaście kompozycji, które tworzą
ten album to utwory niezwykle urokliwe. Dziwić to raczej nie powinno, gdy
przypomnimy sobie, że Banks jest kompozytorem takich utworów z repertuaru
Genesis jak choćby „Undertow”, „Burning Rope”, „Many Too Many” z wspomnianego
już albumu „…And Then There Were Three…” czy „One for the Vine”, „All in a
Mouse’s Night” i „Afterglow” z wydanego w 1976 roku krążka „Wind & Wuthering”.
Na jego solowym albumie odnajdziemy
te same klimaty, a więc dużo patosu, zmiany tempa i nastroju, a także – a może
nawet przede wszystkim – dużo balladowych kompozycji. Całość rozpoczyna się od
monumentalnego, instrumentalnego „From the Undertow” pochodzącego ze ścieżki
dźwiękowej do filmu „The Shout”. Potem następuje równie piękny i podniosły
„Lucky Me”. Po nim dynamiczny „The Lie” i będący chyba najbardziej
stylistycznie na tej stronie płyty zbliżony do materiału grupy Genesis z lat
1976-1978 „After The Lie”. Podobnie zresztą jak zamykający stronę „A” kolejny
instrumentalny brylancik zatytułowany „Forever Morning”. Oba te utwory są jakby
żywcem wzięte z sesji nagraniowej Genesis. No ale przecież tak nie jest. Na
pierwszej stronie mamy też tytułowy „A Curious Feeling”, ocierający się wręcz o
listy przebojów.
Utwór „You” otwiera stronę „B”.
Kompozycja, w której pełnię swoich możliwości pokazuje Tony Banks. To kolejna
instrumentalna perełka na tym wydawnictwie. Jest tu jeszcze jedno rzadkiej
urody nagranie, „The Waters of Lethe”. To moim zdaniem chyba najbardziej
niedoceniony fragment na tym albumie. Całość zamykają dwa przyjemne dla ucha
utwory „For a While” i „In the Dark”. I tak w ogóle słuchając drugiej strony
tej płyty, na dodatek przymykając oczy, odnosi się momentami wrażenie, że jest
ona jakby nieformalną kontynuacją „…And Then There Were Three…”. Czy to źle?
Raczej chyba nie, bo ta płyta Genesis z roku 1978 była naprawdę ciekawa.
Tony Banks poszedł dobrą drogą
tworząc album naprawdę wyjątkowy i intrygujący. Do współpracy wziął znakomitego
perkusistę Chester’a Thompson’a i wokalistę Kim’a Beacon’a. Sam obsługiwał
klawisze, gitary. W tym skromnym trzyosobowym składzie stworzył album, który
odsłuchiwany dziś nadal zachwyca brzmieniem i bogactwem dźwięków.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.