Mike Oldfield „Tubular Bells”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ
SZAFY
Aż nie chce się wierzyć, że minęły już 42 lata, gdy na półkach sklepów
muzycznych pojawił się debiutancki album absolutnego debiutanta. Był rok 1973,
gdy pierwszy raz mogliśmy posłuchać dwóch suit zarejestrowanych przez faceta o
nazwisku Mike Oldfield. Album nosił tytuł „Tubular Bells”.
Chyba długo nie mogli dojść do
siebie właściciele kilku firm płytowych, do których zgłaszał się ze swoim
muzycznym pomysłem Oldfield. Gdyby wtedy wykazali się większym muzycznym
instynktem, zarobiliby krocie na tej i kolejnych wydanych przez tego muzyka
płycie. Przyjazną dłoń wyciągnął do artysty niejaki Richard Branson. On to
zainteresował się, jakbyśmy to dziś nazwali projektem młodego muzyka,
udostępnił mu studio do nagrania drugiej części suity, a także dokooptował do
ekipy realizatorów dwóch inżynierów dźwięku. Sesja nagraniowa zaowocowała
właśnie albumem „Tubular Bells”.
Na stronie „A” znalazło się ponad
dwudziestopięciominutowe nagranie „Part One” będące słynnym utworem „Opus One”,
z którym to Oldfield wędrował od wytwórni do wytwórni. Nagrane raz jeszcze
znalazło się właśnie na pierwszej stronie tej płyty. Druga strona albumu to
kompozycja „Part Two”. Branson chcąc wydać ten album założył wytwórnię płytową
Virgin Records. Zaryzykował i to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Płyta
„Tubular Bells” okazała się ogromnym sukcesem zarówno artystycznym, jak i
komercyjnym.
Dwuczęściowa suita to dziś już
klasyka rocka progresywnego. Docenieniem muzyki z tego albumu było
wykorzystanie jej fragmentów w filmie „Egzorcysta”. Zapewne mało kto zauważył
ten fakt, ale warto o tym wspomnieć. Jak dziś odbiera się ten album? Na pewno
czuje się na tym wydawnictwie ząb czasu. Wszak minęły już czterdzieści dwa lata
od jego wydania. Ale niewątpliwie trzeba docenić nowatorskość tego albumu i
klasę samego Mike’a Oldfield’a. Obsługiwana przez niego mnogość instrumentów
czy bogate kompozycje czynią z niego już na tym albumie muzyka wielkiego
formatu. Potwierdził to zresztą na kolejnych wydawnictwach. Tak więc „Dzwony
rurowe” pora najwyższa posłuchać raz jeszcze.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.