Historia pewnego mnie

W latach 2000/2001 w poznańskiej Farze
odbywał się remont organów Ladegasta. Ukradziono wówczas lustro organowe.
Dowiemy się ze źródła jak to się stało, że znów jest ono na swoim stałym
miejscu.
Oto ja.
Naszym
źródłem będzie samo lustro. Udało mi się bowiem przekonać je, aby podzieliło
się z nami swoją historią. Zgodziło się, ale pod warunkiem.

Jakim?

Chcę powiedzieć również o innych niż organy instrumentach liturgicznych.

No co ty, dlaczego?

Bo trzeba was, cale polskie społeczeństwo trochę douczyć, a każdy pretekst do
nauki jest dobry… To co, chcesz moją historię i chcesz posłuchać np. o tych
wstrętnych gitarach w kościele, czy nie?

Dobrze, dobrze już, zaczynaj.
Lustro
zaczyna:
Mój
job to organista, a raczej pomoc temu
organiście (job to po angielsku praca,
ale fajnie czyta się to słówko po polsku – przyp. red.). Oczywiście tyczy się
to mszy świętych, bo w Farze grane są też koncerty. Wtedy mam luz, fajrant i
nikt ze mnie nie korzysta. No, chyba że gra jakaś organistka-elegantka, która
zawsze i wszędzie musi wyglądać świetnie. Taka nigdy nie przepuści okazji, żeby
się we mnie nie przeglądnąć. Ale organistek-elegantek raczej mało jest, więc generalnie
pracować na koncertach nie muszę. Dodam, że dla mnie bycie lustrem organowym
wcale nie jest łatwym jobem, bo nie
jestem zbyt duży – w kościele Św. Krzyża na poznańskim Górczynie jest jeden
wielki prostokątny mój kuzyn, z sześć, a może nawet więcej razy większy ode
mnie. Super – jaką przestrzeń on ogarnia! Ile może pokazać organiście. Jak
dokładnie! Jednak ja nigdy z nim bym się nie zamienił – nie można godzić się na
gorsze, bo dźwięk górczyńskich organów jest bardzo płaski, a samemu kościołowi
brak tej strzelistości farnej, do której po prostu jestem już przyzwyczajony.
Zresztą, nie przesadza się starych drzew.
Tak,
tak, jestem starym lustrem w stylu barokowym – barok w Polsce to XVI i XVII
wiek – ale spokojnie, nie bójcie się, aż takie stare drzewo ze mnie nie jest.
Zrobił mnie w latach 50-tych XX wieku jeden z profesorów ówczesnej Państwowej
Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Nie wiem jak się nazywał, zresztą
jest to nieważne – zrobił mnie i to był jego job, z którego wywiązał się znakomicie. Wiem za to, że wygląda to
dość dziwnie, iż Friedrich Ladegast nie przewidział lustra do swoich organów
kościelnych. Jednak nie wiadomo w ogóle czy wtedy w zwyczaju było takie
dostawianie lustra do instrumentu w kościele, czy też nie, bo może jakieś lustro
jednak było, tyle że w zawierusze wojennej przepadło bez wieści. Pozostanie to
zagadką. Zresztą, organy w założeniu pana Friedricha miały także służyć
koncertom, a przy nich – jak już mówiłem – z luster się nie korzysta. Z małymi
eleganckimi wyjątkami. Ale to nieważne, bo najważniejsze teraz jest, że jestem
tu, wróciłem, choć chciano mnie sprzedać i zgodziłem się opowiedzieć wam moją
historię.
Przejdźmy
więc do meritum, czyli do mojego zniknięcia. W latach 2000/2001 w Farze odbywał
się remont organów. Fachowo nazywa się toto renowacją, bo było to dokładne,
pieczołowicie przeprowadzone, szczegółowe, z ogromnym pietyzmem historycznym i
dbałością o wygląd zewnętrzny i wewnętrzny instrumentu jego odnowienie, bowiem prawdziwy
remont organów oznaczałby, że w sumie pojawiłby się nowe organy, już nie
Ladegasta.  Wtedy
właśnie – zaraz na początku renowacji – zostałem odłożony na boczną emporę
chórową, świat o mnie zapomniał,  ja zaś
zapadłem w głęboki sen remontowy. Obudziłem się – nie wiem jak długo potem –
kiedy usłyszałem znajomy glos organisty Grzegorza Celińskiego. Takie impulsy budzą
najlepiej ze snów remontowych, mówię wam – jestem tu ekspertem. Otworzyłem
wtedy oczy i zobaczyłem jeszcze jedną znajomą twarz – ówczesnego proboszcza
Fary ks. Wojciecha Wolniewicza i twarz drugą kompletnie mi nieznaną, która
wyglądała tak jakby się czegoś obawiała. Dziś wiem, że był to antykwariusz
z nieistniejącego już dzisiaj antykwariatu na Starym Rynku, który rzeczywiście się
bał. Bał się, bo ks. Wojtek i p. Grześ nastraszyli go, że jeśli im mnie nie
odda dobrowolnie (kosztowałem 1200 zł), to zawiadomią policję. Później
dowiedziałem się, że pan Grzegorz natrafił na mnie zupełnie przypadkiem, kiedy to
zdarzyło mu się przechodzić koło antykwariatu przy Muzeum Henryka Sienkiewicza
na Starym Rynku i spojrzeć mimochodem na jego witrynę, gdzie zobaczył lustro farne. Sprawdził na emporze
chórowej bocznej czy mnie nie brakuje. Brakowało, więc zabrał ze sobą ks.
Wojciecha i stare zdjęcia ze mną, które udowodniały, że ja to ja i poszli
kłócić się z antykwariuszem, który twierdził, że lustro – czyli mnie – miał w
komisie od jednego ze swoich stałych „dostawców”. Facet postraszony policją, co
szczęśliwie sprawiło, że się obudziłem, w końcu spauzował i oddał mnie z
powrotem do Fary. Wtedy to trafiłem już nie na boczną emporę chórową, tylko do
mieszkania ks. Wojtka i tam dotrwałem do końca remontu, co notabene sprawiło, że jestem jedyną częścią nie odnowioną szafy
organowej, choć nie jest aż tak źle – myślę, że stale wyglądam młodo i świeżo. Dobra,
koniec historii. Zmieniamy temat.
Chcę
was nauczyć głownie tego, że gitary nie są instrumentami kościelnymi, mimo że
tak często słyszy się je teraz w kościołach. Och! Jak ja nie lubię gitar i jestem
cięty i zły na jedną taką siostrzyczkę, która w swoim szarym habicie – szarytka
jakaś chyba? – co tydzień pojawia się z chórkiem dzieci na mszy o 11.00 w Farze
i w części pieśni zastępuje organistę, a ja chwilami jestem niepotrzebny na
mszy świętej. No, kto to widział? Lustro organowe nie wykorzystywane przez
organistę w czasie mszy! Konstytucja o Liturgii Świętej mówi, że w Kościele
łacińskim należy mieć w wielkim poszanowaniu organy piszczałkowe jako
tradycyjny instrument muzyczny, którego brzmienie dodaje ceremoniom kościelnym
majestatu, a umysły wiernych kieruje ku Bogu. Poza organami wolno co prawda używać
w liturgii innych instrumentów, ale z wyjątkiem tych, które są zbyt hałaśliwe
lub przeznaczone do wykonywania współczesnej muzyki rozrywkowej. A taka właśnie
jest gitara! Oprócz niej do tego zbioru włącza się również: fortepian,
akordeon, mandolinę, perkusję, wibrafon i jeszcze kilka innych takich dziwnych instrumentów.
Teraz uwaga! Muzyka w czasie mszy świętej powinna być wykonywana wyłącznie „na
żywo” i nie wolno w żadnym wypadku używać magnetofonów, adapterów ani radia.
Musiałam
się tu trochę wciąć w ten muzyczno-liturgiczny wywód, ale w końcu obiecałam
lustru czas na opowiadanie o innych niż organy instrumentach liturgicznych, więc,
mimo że nie sądziłam, iż będzie trwało to tak długo, nie mogłam złamać danego
słowa i nawet pociągnęłam trochę temat:

A co powiesz o skrzypcach i altówce? Mam od niedawna koleżankę, która gra na
altówce właśnie.
Praktycznie
wygląda to tak, że skrzypce i altówka są za ciche i moje organy zagłuszają
każdą pojedynczą ich parę. Zresztą, solowa gra na skrzypcach czy altówce, którą
chyba bardziej masz teraz na myśli, niestety, dość szybko się nudzi. Oczywiście,
można by tu stworzyć kwartet albo i całą orkiestrę, co jest jak najbardziej na
miejscu, ale taki interes jest też drogi – każdemu muzykowi trzeba oddzielnie
ileś tam zapłacić, bo przecież nikt nie
będzie grał za darmo
(są to słowa Darka Rogersa wypowiedziane w ‘Wywiadzie
coverowym’, do którego dotarłem niedawno na waszym blogu, bo musiałem najpierw,
zanim się zgodziłem na 
artykuł, sprawdzić gdzie on się ukaże i czy warto w ogóle
w to się angażować).
Poza
tym powstaje pytanie jak często, tzn. na ilu mszach dziennie i jak długo taka
orkiestra, a ewentualnie kwartet ma grać. Na dodatek mamy również problem śpiewania
i tego kto ma temu naszemu ludowi bożemu towarzyszyć w pieśniach. Wszakże normalnie
robi to organista, a przecież jest też tak, że ambicja orkiestry – i
dyrygenta, nie zapominajmy bowiem o szefie orkiestry – to błyszczenie i granie
wybitnych dzieł wybitnych kompozytorów… Wszystko pięknie, a nawet bardzo
pięknie, ale czy jest to potrzebne na każdej mszy? Powiem krótko: nie.
Poza
tym liturgia po Soborze Watykańskim II powinna być powszechnie zrozumiała i
wszystkim dostępna, tak samo muzyka – też ma być prosta. M. in. dlatego właśnie
msze nie odbywają się już po łacinie, tylko tu w Polsce, w języku polskim, a wierni
nie śpiewają już łacińskich chorałów, tylko pieśni po polsku. Przy czym połowa
z tego to śpiew ludowy, który można by nazwać takim disco polo, tyle że starym. Zresztą tak to już jest, że niewielu
ludzi, a właściwie tylko garstka z nich rozumie i zna zawiłości repertuaru
klasycznego, nawet tego stosowanego w kościele, czyli liturgicznego – po prostu
większość ludzi chodzi do kościoła i nie wie co słyszy. Niestety, to z kolei
wymaga ich edukacji, Coś takiego na pewno potrwa wieki całe i będzie kosztować
majątek, który kościół co prawda ma, ale nie na naukę wiernych, bo dawno już mecenasem
kultury wysokiej nie jest… Hawk!
I
lustro zamarło nieruchome, a mi pozostało tylko spakować manatki, zejść z
empory chórowej i pojechać do domu.
Lustro z farnego Ladegasta
Redakcja: Natalia Mikołajska

Możliwość komentowania jest wyłączona.