Procol Harum „Procol Harum Live In Concert with the Edmonton Symphony Orchestra”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ SZAFY
Próbuję sięgnąć
pamięcią i przypomnieć sobie czy ktoś wcześniej od nich nagrał płytę z
orkiestrą symfoniczną. I jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. I nawet jeśli
przeoczyłem jakiegoś artystę, który wcześniej popełnił coś takiego, to co by
nie powiedzieć, to właśnie płyta wydana w 1972 roku „Procol Harum Live In
Concert with the Edmonton Symphony Orchestra” to rzecz absolutnie nowatorska.
Wspaniałe, progresywne dźwięki Procol Harum ubrane w
symfoniczne szaty nabierają nowego, całkiem odmiennego brzmienia. Zarazem
muzyka Gary Brooker’a i jego kolegów nie traci nic ze swojego charakteru.
Symfonicy w sposób absolutnie perfekcyjny podkreślają to, co w muzyce Procol
Harum było najbardziej charakterystyczne. Słuchamy utworów, które świetnie
znamy i dostajemy je w nowych, pełniejszych aranżacjach. Jeśli ma być wzniośle
i pompatycznie to jest. Tak jak choćby w „Salty Dog”. Jeśli ma być dynamicznie
i ostrzej to też jest. Rozpoczynający album „Conquistador” jest tego kapitalnym
przykładem.
Ważnym elementem tego symfonicznego krążka jest to, że
symfonicy tworzą jakby muzyczne tło dla muzyków Procol Harum. Tło w najlepszym
znaczeniu tego słowa. Nadal najważniejsze jest instrumentarium zespołu plus
wokal Brooker’a, wzmacniane w kluczowych momentach przez Edmonton Symphony
Orchestra. Trzeba też wspomnieć o partiach chóralnych wykonywanych przez The Da
Camera Singers.
Szkoda tylko, że to raptem tylko niespełna czterdzieści dwie
minuty muzycznej rozkoszy. Tyle niestety mieściło się wówczas na winylowych
krążkach. Ale dobre i to. Album zawiera raptem 5 kompozycji. Na stronie „A”
obok wspomnianych już „Conquistador” i „Salty Dog” mamy jeszcze „Whaling
Stories” oraz „All This and More”.
Stronę „B” zajmuje w całości dziewiętnastominutowa suita „In
Held ‘Twas In I”, pochodząca z drugiego albumu zespołu „Shine On Brightly”
wydanego w 1968 roku. Wersja koncertowa tej suity to absolutny pokaz kunsztu
muzyków Procol Harum i symfoników. A kończący suitę „Grand Finale” z
fenomenalnym udziałem chóru to coś, czego już dziś nie usłyszymy na żadnej
płycie. Dlatego jeśli możecie Państwo, odkurzcie ten krążek jak najszybciej.
Nie pozwólcie mu pokryć się patyną czasu, bo najzwyczajniej na to nie
zasługuje.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.