Co pan robi, że nie mylą się panu nogi?

WYWIAD
Z ROBERTEM NAPIERALSKIM, ORGANISTĄ POZNAŃSKIEJ FARY
Robert Napieralski to koncertujący organista farny z
Poznania. Jest absolwentem poznańskiej Akademii Muzycznej, a organy w Farze zna
od największej do najmniejszej piszczałki – regularnie grywa na nich cykl koncertów,
których jest pomysłodawcą, a które nazywają się – każdy z osobna -„Ladegast po
zmroku”. Wprowadza na nich gości na emporę chórową i pozwalając spoglądać sobie
przez ramię i przez nogi (tak, tak – przez nogi, bo niektórzy tak mają, że
patrzą na te biegające po pedałach nogi jak urzeczeni) prezentuje możliwości
tego wielkiego instrumentu.
Fot. Natalia Mikołajska.
Zacznijmy może od pewnego komentarza – są przecież sprawy,
które wymagają odpowiedniego naświetlenia, objaśnijmy więc zdjęcie:
Otóż, widzimy na nim mój obiekt zakochania, czyli nogi
Roberta Napieralskiego. Co prawda są one w takiej pozycji, w której
nic się nie zagra (są to słowa pana Roberta), ale ja
zawsze coś bym tam pobrzdąkała, a poza tym przyznam, że nie miałam odwagi
poprosić go o zagranie utworu muzyki organowej, autorstwa Amerykanina Gordona
Younga, przez który w tych nogach się zakochałam (zresztą chyba i tak wtedy
akurat nie było to możliwe) Podczas tej kompozycji nogi organisty tak pięknie
biegają po całej klawiaturze dolnej, że nic tylko kochać. W tym sezonie
koncerty „Ladegast po zmroku” zaczną się już niedługo, więc pójdę, cyknę fotkę
i będzie sobie wisiała w ‘Galerii’. Może wtedy zrozumieją państwo tę miłość?
Zresztą w wywiadzie o nogach też porozmawiamy – dopiero na końcu, żeby wszystko
nie było tak prosto z mostu i od razu kawa na ławę. Zresztą do omówienia jest
wiele spraw z papieską „Barką” i polską dbałością o organy na czele. Zacznijmy
jednak od kościoła:
  
Część
I: ORGANISTA I JEGO KOŚCIÓŁ
Od
kiedy jest pan organistą w Farze?
Zostałem nim jakoś tak w roku 2002 – nie pamiętam
dokładnej daty, przy czym zaznaczam, że jestem jednym z kilku organistów którzy
grają we Farze. Grywam również na stałe w parafii pod wezwaniem św. Barbary w
Luboniu Żabikowie.
Czy swoje życie podporządkowuje pan kościołom. Czy
rytm dnia wyznaczają panu msze święte?
Nie, coraz mniej. Chciałbym robić wiele innych rzeczy i
nie chcę, żeby przylgnęło do mnie określenie, że np. jestem jakimś dzwonnikiem
z Fary, że mieszkam i żyje w Bazylice. Poza tym jestem tylko drugim organistą
farnym. Pierwszym jestem – jak już mówiłem – w Luboniu, ale i tak staram się
mieć jakieś normalne życie poza kalendarzem liturgicznym. Jednak muszę
przyznać, że w pewnym stopniu rytm dnia i tak wyznaczają mi msze święte… Tak
powiedzmy.
A co parafianie? Jak ocenia pan parafian w Farze i ich poziom
rozśpiewania? Czy śpiewają chętnie, odważnie czy wręcz przeciwnie?
Zacząć trzeba od tego, że parafia farna jest dość trudną parafią – to
jest stara dzielnica Poznania, więc parafianie też już swoje latka na karku
mają. Raczej nie ma tu ludzi młodych, o dzieciach już nie wspominając. Za to są
goście, turyści i dużo osób przygodnych. A z samym śpiewem w Polsce to jest
tak, że śpiewamy coraz gorzej, więc jak wszyscy oni – i parafianie i goście –
zbiorą się do kupy, to wychodzi im to raczej kiepsko, chociaż my organiści
niewiele możemy o tym ich rozśpiewaniu powiedzieć, bo mamy przykazane cały czas
śpiewać, a wtedy nie słychać już nielicznie zgromadzonych, słabo śpiewających
wiernych.
Słyszałam, że dobry organista musi najpierw dobrze
wychować sobie parafian. Co pan myśli?
Myślę, że to bardzo mądre, bo rzeczywiście trochę tak
jest. Ludzie przyzwyczajają się do organisty i organista przyzwyczaja się do
ludzi, aczkolwiek często jest to proces trwający latami. I mówię to z
doświadczenia parafii, w których grywałem i z doświadczenia parafii w Luboniu –
tam nie muszę nic śpiewać, bo śpiewa cały kościół. Chociaż prawdą jest też to,
że czasami kaleczą niektóre pieśni, śpiewają niewłaściwie, bo albo sami ze
śpiewnika nauczyli się źle, albo inny organista grał to trochę inaczej…
Inaczej ich sobie wychował?
Tak, to jest właśnie to. Bo potem ja, przywracając tę
wersję ze śpiewnika, szkolę ludzi. Jednak to też jest złożone, bo najpierw
trzeba dogadać się z proboszczem. Proboszcz musi zaufać organiście i pozwolić
mu zrobić pewne rzeczy. Ważne jest też jak będziemy to robić – czy będzie to
rewolucja, czy też stopniowe wprowadzenie pewnych nowych elementów.
A kościoły i tak będą śpiewać po swojemu, czyli wolno
i przeciągle.
W ogóle większość kościołów jęczy, zarzyna pieśń czy, jak
to pani mówiła, przeciąga, a kiedy organista przejmuje tę manierę, to wtedy
mamy porażkę, nie idzie tego wytrzymać. Tymczasem pieśni kościelne mają w
nutach zapisane pewne metrum, do którego należy dojść. Np. oddechy odgrywają tu
ważną rolę, ale wcale nie jest łatwo zmusić ludzi, żeby oddychali tam gdzie
oddychać mają, a nie tam gdzie im się podoba. Dlatego organista ma straszne
trudności z wychowaniem sobie parafian.
Podobno, żeby być organistą, trzeba mieć silną wiarę
– ma ją pan?
Organista kościelny spełniać ma jakąś misję, jakieś
posłannictwo, musi zmagać się ze swoją wiarą, rozwijać ją, pielęgnować i
krzewić wśród ludzi. Jeśli będzie ateistą, to ta jego muzyka będzie pusta, nie
będzie niosła w sobie tej treści, którą nieść powinna. I wszystko to, pomimo
świetnego talentu organisty. Więc według wszystkich dogmatów, które mamy jako
organiści, organista powinien wierzyć.
Pan wierzy?
Tak, wierzę. Nie wiem jak inni, ale ja myślę, że my –
organiści – mamy z tym pewien problem. Pracujemy w kościele, robimy rzeczy na
pograniczu wiary, posługi i wypłaty, bywamy zmęczeni i po prostu znużeni
ilością liturgii w niedziele – z reguły mamy ich wiele, czasami 6, bywa że
więcej, a za każdym razem jest to samo i wkrada nam się w to rutyna. Potem
szukamy w niej Pana Boga, czyli jest problem, bo nie ma tu już miejsca na
refleksję, tylko na czytanie np. „Przewodnika Katolickiego” na ósmym już kazaniu,
bo ile można? I to są problemy, z którymi się zmagamy. Myślę że wielu organistów
tak ma.
Co odróżnia granie w kościele od grania na
koncertach?
Granie w kościele to dość nietypowa profesja. Po pierwsze
godziny tego grania – my organiści gramy wcześnie rano, kiedy ludzie dopiero
potem idą do pracy, albo gramy wieczorem, gdy wszyscy już odpoczywają, a my
wtedy właśnie zaczynamy naszą wieczorną pracę. Albo w święta i niedziele…
Właśnie, jak to jest z tym, że najwięcej pracy ma pan
w niedziele, kiedy inni –
mniej lub bardziej – sobie odpoczywają?
To jest trudne, choć może nie dla mnie – ja już się
przyzwyczaiłem, robię to od dwudziestu lat i dlatego dla mnie to normalne. Po
prostu nie ma czegoś takiego jak dzień, w którym nie idę i nie działam w
kościele, Gorzej mają moje dzieci, bo w niedziele nie mam czasu na zabawy z
nimi. Nie ma też spotkań rodzinnych, ani spotkań z innymi ludźmi. Ja mam wolne
poniedziałki, a nie weekendy. Takie życie organisty.
Smutne.
Nie. Kwestia przyzwyczajenia, bo zmieniają się tu pewne
wartości i obciążenia. Problem pojawia się, jeśli ktoś sobie z tym nie radzi i
próbuje jakoś na siłę to godzić. Chociażby, ja nie mogę wziąć w wakacje urlopu,
bo tak to już jest, że organista mało zarabia, a w wakacje są śluby, na których
można sobie dorobić… Generalnie jest ciężko, trzeba zaciskać zęby i czasami
gra się siłą woli. Ja np. łączę dwie parafie, bo inaczej nie mógłbym zapłacić
rachunków – nie ma innej opcji, trzeba walczyć.
Czy wydarzyło się coś niespodziewanego podczas pana
pracy organisty?
Przede wszystkim miejsce, w którym gram. Nigdy nie
spodziewałem się, że chłopak ze wsi trafi na posadę do Fary, gdzie będzie grał
na takim instrumencie. To było marzenie ściętej głowy… Nie, w ogóle nie było
takiego marzenia, ani nawet myśli.
A teraz na koniec tej części wywiadu mam takie
pytanie ni z gruszki ni z pietruszki. Otóż, czy myśli pan, że kiedy będzie już
na emeryturze, to jeszcze będzie pan grał na organach w Farze? Zwykle organiści
tak mają.
Myślę że niestety najczęściej to kiepskie warunki
finansowe decydują o tym że ta funkcja to wyrok dożywotni. Naprawdę, chciałbym
nie musieć do śmierci pracować jako organista. Przeżywając jesień życia chcę
jednak, oczywiście od czasu do czasu mieć możliwość pogrania sobie na dobrych
organach…
Część II: ORGANISTA I JEGO LADEGAST
Czy są organiści, od których się pan uczy, których
podziwia, którzy mają na pana jakiś większy wpływ?
Na początku edukacji muzycznej to oczywiście pedagodzy,
nauczyciele gry na instrumencie, profesorowie byli takimi ludźmi, od których
człowiek czerpał, ale kiedy skończyło się edukację, to się nagle skończył
również ten kontakt z profesorem. Wtedy musisz sam zdecydować co będziesz
robić. Można dalej studiować, ale ja zdecydowałem, że złożę rodzinę. Grając we Farze
mam stały kontakt z zabytkowym instrumentem, który potrafi swoim brzmieniem
motywować do pracy, który inspiruje muzyka na wielu płaszczyznach i wymusza
stały rozwój. Zatem, to instrument może być tu twoim nauczycielem.
A wszystkie te wielkie sławy w muzyce organowej z
całego świata, które przyjeżdżają do Fary grać na Ladegaście?
Właśnie, ponieważ oni przyjeżdżają tu na festiwale i
koncerty, a organy wymagają obecności asystenta, to ja będąc takim pomocnikiem,
mogę spokojnie ich obserwować i korzystać ile i jak chcę. W te wakacje byli tu
np.: wspaniały organista Hans Fagius ze Szwecji czy profesor Eric Lebrun z
Francji, i ja widziałem, a nie tylko słuchałem ich grę. Myślę, że z tego można
czerpać naprawdę dużo – choćby dobór repertuaru, poznać sposób w jaki grają,
jak posługują się instrumentem. Powiem więcej: teraz, oprócz samego Ladegasta –
jak mówiłem – to właśnie oni są moimi pedagogami.
Pan pomaga im grać?
Znam dobrze moje organy. To duży instrument mechaniczny
bez współczesnych udogodnień, które pozwalają na szybkie i precyzyjne zmiany
brzmienia. Dlatego ktoś musi to zmieniać i do tego wykonać tę pracę tak, aby
zmiany barw w organach następowały płynnie i w zamierzony przez wykonawcę
sposób. Tym właśnie zajmuje się rejestrator. Pomagam organistom – również, a
może przede wszystkim tym koncertowym – panować nad instrumentem, włączając i
zmieniając głosy organowe, czyli precyzyjnie realizując zamysł wykonawcy.
A czy są organiści stricte kościelni
znani na świecie i w skali całego kraju?
Koncertowi organiści zawsze potrafią zagrać w kościele.
Generalnie to jest tak, że organy – te najlepsze – stoją w kościołach, więc
ludzie grający na nich muszą w końcu, chcą czy nie chcą, trafić do kościoła.
Oczywiście, niektórzy wirtuozi mogą dawać tylko koncerty, ale zwykle to jest
tak, że grają również na mszach i robią to bardzo dobrze, bo dodają do tego
swój talent improwizatorski i wykonawczy.
Czym różni się granie kościelnej muzyki organowej od
innej, również organowej?
Z reguły to jest tak, że muzyka komponowana na organy jest
już uduchowiona. Kompozytorzy od razu tworzyli dla kościoła i dla Pana Boga, Często
z różnych pobudek. Chociaż prawdą jest też to, że niecała muzyka organowa taka
jest, bo są tez utwory ewidentnie nie inspirowane religijnie, całkowicie
świeckie. Jednak sam instrument i miejsce, w którym ja gram sprawiają, że muszę
myśleć trochę inaczej o tym co gram.
A jaka jest różnica pomiędzy organistą kościelnym a
rockowym?
To jest zupełnie inny repertuar i inny rodzaj grania na
instrumencie. Na pewno inaczej dobiera się tu barwy, ale myślę, że najbardziej
restrykcyjne będą jednak kwestie dotyczące tego co ja mogę zagrać. Na Organach
Hammonda organista właściwie może wszystko, na co tylko pozwalają mu talent i
umiejętności.
W kościele wszystkiego nie można?
Organista kościelny ma pewne wytyczne, których powinien
się trzymać, żeby ta jego muzyka nie poszła za bardzo w stronę rozrywkowej,
jazzowej czy popowej. To jest pewien określony styl, który powinien być
charakterystyczny, stonowany i w jakiś sposób stosowny co do miejsca, w którym
się gra.
A czy na organach kościelnych można zagrać wszystko?
Są gatunki muzyczne, których organista nie powinien nawet
próbować przemycić do liturgii. Jest to każda muzyka ewidentnie świecka, czyli
rozrywkowa, popowa, jakiś heavy metal i te sprawy. Na organach można by,
oczywiście to zagrać, ale nie róbmy tego w czasie mszy, nie improwizujmy w tym
stylu, nie próbujmy przemycać do liturgii różnych świeckich elementów. To jest
inny zakres i istnieją tu pewne zasady, które mówią co, jak i w którym miejscu
gramy. Na mszy świętej tego powinniśmy się trzymać.
Część III: ORGANISTA I JEGO PIEŚNI
A jak wygląda kwestia dobierania pieśni podczas mszy świętej
– wybiera je pan sam czy też decyzję podejmuje tu celebrans, czyli ksiądz,
który daną mszę odprawia?
O! To jest bardzo złożona sprawa. Przyjęte jest, że to
organista dobiera pieśni, bo to jego robota. Ale najpierw trzeba wiedzieć jak
to zrobić. Tu jednak jest problem, bo wielu organistów po prostu tego nie umie.
Wtedy od razu jest kłopot, bo możemy grać sobie to co umiemy, co lubimy albo to
co słyszeliśmy na jakiejś pielgrzymce. Tymczasem są zasady, które mówią jak
dobiera się pieśni do liturgii. Trzeba tylko je znać i stosować, co w dobie
Internetu naprawdę nie jest trudne.
A celebrans nie ma tu nic do gadania?
On zawsze ma ostatnie słowo, bo celebrans generalnie jest
szefem od liturgii. Jeżeli ma cienkiego organistę, to myślę, że musi wszystko
mu powiedzieć, ale jeśli ten organista wie co robi, to oprawa muzyczna mszy św.
jest kwestią sporadycznego dogadywania się i wcześniejszego ustalenia pewnych
zasad, w których potem stale będziemy się poruszać. Pewnie, że czasami
proboszcz może zadzwonić i powiedzieć: dzisiaj mi zagraj to i to, bo mi to
pasuje do mszy i do kazania. Wtedy jak najbardziej trzeba to uwzględnić, ale
jednak nie zawsze…
Nie zawsze?
No cóż, bywają proboszczowie, z którymi stale są problemy,
wciąż się z nimi dyskutuje… ale zawsze na końcu, mimo tych tarć, można dojść
do konsensusu, zbudować zaufanie i zdrową relację między organistą i
proboszczem.
W kościele, przy każdej okazji, gra muzyka (ślub,
chrzciny, pogrzeb, itd.), przy której z tych okazji pan najlepiej się czuje?
Trudno powiedzieć, choć na chrztach to jest tak, że
organista właściwe nie gra. Długo myślałem, że najbardziej uroczyste są
pogrzeby z tą swoją smutną, poważną i stonowaną stylistyką pieśni.
A nie śluby?
Śluby w kościele katolickim są coraz gorsze. Coraz
rzadziej ludzie przychodzą się modlić i przeżywać liturgię, a coraz bardziej
chcą zrobić ze mszy świętej cyrk. Z kamerzystą, z aparatami, z muzyką popową.
Zachcianki par młodych tyczące się tego co organista ma zagrać, są coraz
bardziej chore i nie można na nie się zgadzać. Ja często kłócę się z młodymi i
mówię im: proszę poszukać sobie innego organisty, bo ja tego ślubu państwu nie
zagram.
Ostro… Dlaczego nie chce pan grać?
Bo po prostu nie chcę w kościele na mszy grać Leonarda
Cohena, muzyki popowej ani „Księciu jestem przeznaczona” Dody. Bo akurat to im
się podoba. To tak jakby zupełnie nie wiedzieli gdzie są i co się w tym miejscu
dzieje, albo raczej dopiero zadzieje w dniu ich ślubu. Zresztą, w kościele nie
wypada grać popowych piosenek, nawet tych z odpowiednio zmienionym tekstem.
Część IV: ORGANISTA I JEGO MUZYKA
Na ilu instrumentach umie pan grać?
Tak właściwie i z czystym sumieniem, to powinienem
powiedzieć, że na żadnym. Bowiem muzyk doskonali się przez całe życie. Można
więc powiedzieć, że mam pewną wiedzę i posiadam jakieś umiejętności do gry na
organach, ale mógłbym wciąż je doskonalić i ciągle się rozwijać. Także myślę
tak naprawdę, że nic nie uprawnia mnie do powiedzenia, że umiem grać na
organach.
Ale mi w tej chwili chodziło o instrumenty nie będące
organami.
To odpowiem, że troszeczkę na fortepianie, bo na studiach
miałem go jako dodatkowy instrument. Jednak nigdy nie zaryzykuję stwierdzenia,
że jestem pianistą
albo tym bardziej fortepianistą. Miałem też klawesyn i dlatego znam
sposób grania na klawesynie. Zresztą miałem pod palcami różne instrumenty, ale
żeby na czymś grać, to trzeba się temu poświęcić. Ja
najwięcej gram na organach, ale powiem jeszcze, że mam w domu trąbkę, w którą
dmucham, jak jest cicho i nikt nie słyszy.
Dlaczego wybrał pan organy?
W zasadzie to był przypadek. Zdawałem do średniej szkoły
muzycznej na ul. Głogowskiej w Poznaniu, a fortepian był tam tak obłożony, że
generalnie nie było szans się dostać. A ja naprawdę chciałem uczyć się grać na
pianinie dalej – rodzice opłacali mi lekcje w podstawówce – pomyślałem więc:
może organy? Tym bardziej, że po raz pierwszy grałem na nich w wieku lat 13.
Było to dzięki jednemu z moich nauczycieli pianina, który był organistą. Ktoś
mi wtedy podpowiedział: „Spróbuj. Może się uda”. Spróbowałem, udało się i od
tego momentu jestem organistą.
A ma pan w domu fortepian?
Mam instrument elektroniczny. Jest on mniejszy z powodów
czysto lokalowych. To pianino jest na tyle lekkie, że można je bez problemu
przesuwać, a nawet przenosić. Bardzo przydaje się do ćwiczeń, do ruszania
palcami.
Jaki jest pana ulubiony kompozytor muzyki organowej?
To Louis Verne. Pisałem o nim i jego symfoniach organowych
pracę magisterską. Był komponującym organistą w katedrze Notce-Dame w Paryżu.
Dodam, że umarł w czasie swojego ostatniego koncertu.
Czy sam pan też komponuje?
Generalnie nie, żadnego utworu jako takiego nie
skomponowałem, ale udało mi się napisać fanfary dla poznańskiego kościoła pw.
Najświętszej Krwi Pana Jezusa na ul. Żydowskiej. Przy ołtarzu jest tam obraz
odsłaniany na każdej mszy i w czasie tego odsłaniania słychać moje fanfary.
Przy zasłanianiu też można sobie ich posłuchać.
A jakiej muzyki, jeśli w ogóle, słucha pan nie w
kościele i nie wtedy, kiedy żona – śpiewaczka operowa – ćwiczy?
Mało czasu jest, żeby słuchać czegokolwiek. Zresztą ostatnio
doszedłem do wniosku, że trzeba gdzieś wywieźć te setki compactów, które mam,
bo kiedyś miałem też więcej czasu do słuchania, ale teraz to już go nie ma.
Jednak jeśli już uda mi się gdzieś – najczęściej w samochodzie – czegoś
posłuchać, to słucham wielu rożnych rzeczy.
Czyli?
Niekoniecznie klasyki, choć, oczywiście, również muzykę organową.
Ostatnio słucham polskiego reggae, czyli głownie „Mesajah”. Generalnie to jest
tak, że jak mam płytę, to ją włączam. Kiedyś słuchałem też metalu. Lubię bardzo
polską rockową „Comę”, słucham także polskiego jazzu, choć nie będę tu
wymieniał nazwisk, ale np. jazzujący fortepian to jest to. Ostatnio ukazała się
płyta z improwizowaną muzyką filmową graną właśnie na fortepianie przez gościa,
którego nazwiska nie pamiętam… Takiej muzyki słucham.
A nie ma pan ochoty czasami zamienić Fary na sceny
klubowe, zostać organistą rockowym i grać na Organach Hammonda?
Nigdy – to jest świat zupełnie mi nieznany. Co prawda,
wiem co to są Organy Hammonda, miałem kiedyś nawet okazję ich dotknąć, ale
sposób grania i muzyka, która jest związana z tym instrumentem, to zupełnie nie
moja bajka. Zresztą ja od zawsze na organach chciałem grać w dużym kościele.
Marzyła mi się paryska katedra Notce-Dame, ta od mojego ulubionego kompozytora
muzyki organowej, więc Fara to dla mnie takie niezwykłe objawienie – jest wielka
przestrzeń, wspaniały kościół i duże ciekawe organy.
Grał pan w tym Paryżu?
Tak. Byłem, dotykałem, grałem i nawet śpiewałem.
„Barkę”?
Dlaczego pyta pani o tę akurat piosenkę?
Nie do końca wiem, może dlatego, że jest to bardzo
popularna pieśń papieska. Tak bym rzekła. Chodzi chyba też o to, że śpiewa się
ją zawsze i wszędzie.
Przede wszystkim nie nazwałbym jej pieśnią. To jest
piosenka i nikt jeszcze nie zatwierdził jej jako pieści. Myślę, że nie powinno
jej się grać w czasie mszy, bo nie ma w sobie nic z powagi, która mszy się
należy. Zgoda, ona jest popularna, ale dlatego tylko, że kojarzy się z Janem
Pawłem II. I nic więcej. Powtórzę więc, że myślę, iż nie należy jej grać w
czasie mszy świętej. Można za to ewentualnie na jej koniec.
Jeśli jednak „Barka” grana będzie na końcu mszy św.,
to znając nasze społeczeństwo, które opuszcza kościół zaraz po tym jak ksiądz
przekroczy próg zakrystii, to będzie ono bardzo niezadowolone. Ma pan na to
jakiś pomysł?
Edukować, edukować i jeszcze raz edukować. Zwykli ludzie
czy też – powiedzmy górnolotnie – lud boży powinien wiedzieć co wolno grać w
kościele, jakie pieśni są godne mszy świętej, a jakie nie. I tyle.
Bierze pan udział w konkursach dla koncertujących
organistów?
Nie, obecnie nie.
Przecież wymyślił pan – niedawno w sumie – „Ladegasty po
zmroku”.
Tak, ale koncerty organowe i konkursy to są dwa różne
światy. Ja zawsze chciałem grać dla ludzi i zmagania konkursowe to nie moja
bajka – za duży stres, człowiek strasznie się spala. Brałem kiedyś, jeszcze na
studiach udział w takich konkursach i raz czy drugi się przejechałem, bo bywało
tak, że pomimo, że lepiej się zagrało, to wygrywał ktoś inny, protegowany
jakiegoś profesora. Poza tym, trzeba by tym konkursom podporządkować całe
życie. Stwierdziłem więc, że nie chcę się w to angażować.
Pan ma inne ambicje.
Aby brać udział w konkursach, trzeba by po studiach podjąć
kolejne studia i całkowicie tym konkursom się poświęcić, stale ćwiczyć i brać
udział w nowych rywalizacjach z ludźmi ze światowej czołówki, którzy przede
wszystkim grają i chyba nie robią nic więcej. Tymczasem ja mam rodzinę, dzieci,
pracę, w której robię to co kocham i jeszcze inne pasje i pomysły, którym
chciałbym się poświęcić… Żyć, nie umierać.
Ale zaraz, zaraz – z tego wynika, że ci koncertujący
organiści, którzy przyjeżdżają na ‘Staromiejskie Koncerty Organowe’ nie mają
życia. Czy to chciał pan powiedzieć?
Nie, nie, nie. Jeśli ktoś chce i umie połączyć te dwie
sfery – konkursy i życie osobiste – to świetnie. W ogóle dobrze, że tacy ludzie
są na świecie. Ja po prostu uznałem, że taka ciągła walka jest nie dla mnie.
Jak często grywa pan z chórem? Piję tu do tego
„Ladegasta po zmroku”, na którym byłam, pan grał, a chór śpiewał. To chyba był
„Wieczór Romantyczny”.
To był chór mojej koleżanki i ja czasami im akompaniuję,
jeśli mają taką potrzebę. Jednak nie współpracuję na stałe z żadnym chórem,
choć muszę powiedzieć, że podoba mi się połączenie chóru z organami, bo to jest
taka muzyczna pełnia, ale niestety, nie za bardzo mam na to czas. Przecież organista,
który w niedzielę musi zagrać osiem mszy, nie pojedzie sobie nagle na jedno czy
drugie tournée. W próbach też nie będzie uczestniczył, jak umrze mu jeden czy
drugi parafianin i trzeba będzie grać na pogrzebie.
Czy myśli pan, jak Friedrich Ladegast, że organy
farne powinny dawać koncerty tak jak dają, szczególnie w lecie?
Jak najbardziej. Myślę, że to jest jedyna słuszna droga
dla instrumentu, który stoi w kościele, by grał. Jeżeli organy przestają grać i
używane są tylko w niewielkim zakresie, to niszczeją, umierają albo po prostu
psują się – można też tak to powiedzieć. Tymczasem koncert wymusza sprawność
instrumentu na sto procent, a to z kolei nakazuje dbałość o niego na bieżąco.
Jest to zależność, która w naszym kraju kuleje.
To znaczy?
Bardzo często organy w Polsce są, ale nikt ich nie stroi.
Natomiast tu w Farze – i tym trzeba się chwalić – mamy, na szczęście, organy
koncertujące, na których przez cały rok grają naprawdę różni ludzi – są różne
konkursy i pokazujemy te organy ludziom – w lecie na ‘Staromiejskich
Koncertach’, a w ciągu roku na krótkich koncertach w południe w soboty. Do tego
grania trzeba organy przygotować i naprawdę kosztuje to wiele wysiłku
organizacyjnego i takiej pracy często niedocenianej, powiedziałbym nawet
powtarzając za pozytywistami – „pracy u podstaw”.
A pan, panie Robercie, grywa też w soboty?
Zdarza mi się, ale ja generalnie jestem organistą
liturgicznym, więc w soboty akurat z reguły mam pogrzeby w Luboniu. Dodam, że
bardzo często wskakuję na te koncerty awaryjnie, bo ktoś wypadł, a ja akurat w
sobotę nie mam pogrzebu. One trwają około pół godziny, bo o 12.45 i tak jest
msza święta.
Zawsze gra pan z nut, czy zdarza się panu granie z
pamięci?
Generalnie gram z nut, choć są, oczywiście pieśni, nie
utwory, te raczej krótkie, które mogę jechać z pamięci.
Część V: ORGANISTA I JEGO SPRAWA NOŻNA
Lubi pan swoje koncerty „Ladegast po zmroku” – że
ludzie patrzą panu na ręce, a i czasami też na nogi?
To moje dziecko, to jak mam nie lubić? A do patrzenia to
najpierw trzeba się było przyzwyczaić – przecież organista generalnie to jest
chłop schowany, a to bardzo wygodne: siedzę sobie, robię co chcę, mogę nawet
leżeć na ławce w czasie kazania, można więc powiedzieć, że jestem odcięty od
świata. A „Lagegasty” powstały w odpowiedzi na dwie kwestie – po pierwsze, że
ludzie chcą słuchać koncertów, a po drugie, że chcą też zobaczyć organistę przy
pracy.
I jak pan pracuje w czasie „Ladegastów”?
Oprowadzając wycieczki, najczęściej spotykam się z wielkim
zaskoczeniem: „ja pierwszy raz widzę organy”, ludzie pytają mnie: „jak to
działa?” albo „organista gra nogami?”. Większość ludzi widziała pianistów, bo
to jest łatwe do zobaczenia i potem dziwią ich, jak panią – proszę się nie
czerwienić… – a więc, dziwią ich te nogi.
Co mam się nie czerwienić? Jak mam się nie
czerwienić? Mój nauczyciel od muzyki z podstawówki był i stale jest moim
organistą, więc po co miałam mu się przyglądać. Jaki dzieciak z podstawówki
lubi patrzeć na swoich nauczycieli?
Tak, ale przede mną nie trzeba się czerwienić. Wracając do
pytania: ja dzięki „Ladegastowi” zacząłem np. zastanawiać się jak siedzę i jak
wyglądam, czy może za bardzo się nie garbię. To, że ludzie weszli mi na chór
sprawiło, że muszę myśleć o rzeczach, na które wcześniej nie musiałem zwracać
uwagi. Mogłem być krzywy, źle ubrany, mogłem być takim Quasimodo. To jest
ogromny plus tych koncertów, nieznany raczej wśród organistów w Polsce, bo
takich koncertów w naszym kraju raczej nie ma, bowiem nie ma miejsca, a w Farze
na chórze mieści się do 50 osób.
A jak było na pierwszym takim koncercie?
Zbyt byłem spanikowany i zestresowany, żeby pamiętać.
Dlaczego ponoć to jest tak, że organista zmienia buty
przed graniem?
Technika pedałowa i sam instrument wymagają pewnego
podejścia. Organista ma precyzyjnie trafiać w dźwięki na raczej wąskich
klawiszach pedałowych i dlatego dobrze by było, gdyby miał do tego odpowiednie
buty. I są takie specjalne przeznaczone
stricte do grania
na pedałach – one nie mają podeszwy, tylko skórkę, dzięki czemu jest niby
lepsze czucie. Powiem, że mam takie buty, ale strasznie ich nie lubię i mnie
wkurzają.
Właśnie widzę, że te pana buty raczej skórzane nie
są, a przed chwilą skończyła się msza.
Jak mówiłem – strasznie nie lubię tych organowych butów.
Dlatego noszę zwykłe wąskie, na niewielkim obcasie, dopasowane i kupione w
normalnym sklepie. Mogę sobie w nich chodzić również na ulicy. One są proste,
klasyczne, nie mają wydłużonych nosków, czubków ani żadnych dziwnych kształtów,
które tylko utrudniałby mi grę.
A teraz najważniejsze pytanie: co pan robi, że nogi się
panu nie mylą?
Ale właśnie mylą się, Każdemu się mylą. Generalnie jednak
to jest kwestia ćwiczeń.
Tak po prostu?
Tak to się dzieje – setki powtórzeń tego samego powodują,
że nogi – wszechwiedzące nogi – same wiedzą co mają robić.


Natalia Mikołajska

Możliwość komentowania jest wyłączona.