Mike Rutherford „Smallcreep’s Day”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ
SZAFY
Ta płyta jest pierwszym solowym wydawnictwem w dorobku gitarzysty grupy
Genesis, Mike’a Rutherford’a. Tak sobie myślę, że chyba i najlepszym.
Późniejsze jego dokonania, czy to druga solowa płyta firmowana jego nazwiskiem
czy późniejsze płyty, znane jako „Mike & The Mechanics”, to naprawdę niezłe
wydawnictwa, ale jednak jego pierworodna solowa płyta „Smallcreep’s Day” to
rzecz absolutnie wyjątkowa.
Wydany w lutym 1980 roku album
składa się z dwóch części. Stronę „A” winylowego krążka zajmuje ponad
dwudziestoczterominutowa suita „Smallcreep’s Day”. To muzyczna historia faceta
o nazwisku Smallcreep, który przez 40 lat wykonywał nudną i monotonną pracę, za
którą nie przepadał. I nagle odkrywa, że to, co przez tak wiele lat wykonywał
przy taśmie produkcyjnej ma większy sens i jest ważnym elementem większej
całości.
Historia oparta na noweli Peter’a
Currell’a Brown’a ubrana w muzykę autorstwa Mike’a Rutherford’a ma cudowną moc
przekazu. Od pierwszej części suity zatytułowanej „Between The Tick And The
Tock” aż do jej końca, czyli „At The End of the Day”. Jedna kompozycja w sposób
delikatny przechodzi w kolejną. To mieszanka unikalnych dźwięków z dynamicznym „Working
In Line” i „After Hours” na czele. A kończący tę suitę „At The End of the Day”
to kompozycja naprawdę rzadkiej urody.
Strona „B” tej płyty to utwory
niepołączone już tematycznie z tym, co słuchaliśmy na stronie „A”. Ale
muzycznie jak najbardziej tak. Pięć kompozycji, wśród których wyróżniają się „Time
and Time Again” i „Every Road”, dwie kapitalne ballady, które znać po prostu
wypada.
Dlaczego tego wszystkiego tak
dobrze się słucha? Przede wszystkim dlatego, że Mike Rutherford jest ojcem tego
produktu. Ale oprócz niego w tej płycie palce maczali Anthony Phillips, grający
na instrumentach klawiszowych (choć nominalnie to świetny gitarzysta), człowiek
z pierwszego składu Genesis. A także znakomity wokalista Noel McCalla, znany
m.in. ze współpracy z zespołem Manfred’a Mann’a.
Trzydzieści pięć lat od wydania tej
płyty nie zniszczyło jej społecznego przekazu, a muzycznie upewniło nas, że to
co dobre nie zestarzeje się nawet i za tysiąc lat.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.