Queen „A Day At The Races”


RARYTASY Z ZAKURZONEJ GRAJĄCEJ
SZAFY
Ta płyta ma wszystko. Poczynając od najbardziej banalnej rzeczy, jaką
jest okładka, a kończąc na tym co najważniejsze, czyli zawartości muzycznej.
Kiedy bodaj w roku 1974 „zderzyłem się” z utworem „Killer Queen”, zauroczyło
mnie w tej piosence praktycznie wszystko. Od pomysłu, poprzez aranżację i na
znakomitym wykonaniu kończąc.
Upłynęło trochę czasu i dwa lata
później, w grudniu 1976 roku grupa Queen wydała album zatytułowany „A Day At
The Races”. Dziesięć wybornych kompozycji. Płyta szalona niczym film Braci Marx
o takim samym tytule. Już pierwsze dźwięki otwierającego album „Tie Your Mother
Down” brzmią bardzo szacownie, niczym eleganckie intro przechodzące po 60 sekundach
w ostry rock. Potem pięć minut odpoczynku po tak ostrym starcie zapewnia nam „You
Take My Breath Away”. To taka miniaturka „Bohemian Rhapsody”, gdzie króluje
wspaniała harmonia dźwięków. Delikatnych nastrojów ciąg dalszy mamy w kolejnym
nagraniu „Long Away”, gdzie wokalnie udziela się Brian May. Potem nieco
pastiszowy, ale jakże uroczy walczyk „The Millionaire Waltz”, po którym
następuje przebojowy „You And I”. I tak się kończy strona „A” tego krążka.
A na stronie „B” wszystko zaczyna
się od extra mocnego akcentu. „Somebody To Love” to jedna z najbardziej
rozpoznawalnych kompozycji zespołu. Po niej niezwykle ekscytujący swym
brzmieniem „White Man”. Za chwilę zmiana nastroju w „Good Old-Fashioned Lover
Boy”, brzmiącym niczym ścieżka dźwiękowa z filmu z lat trzydziestych. Ale to
wszystko to tylko przystawka. Na koniec otrzymujemy dziesięć minut muzycznego
cudu zawartego w dwóch utworach. „Drowse” w wykonaniu Roger’a Taylora i
niezwykle pompatyczny „Teo Torriatte” z wokalem Brian’a May’a – to klamra,
która zamyka ten naprawdę piękny album. Piękny nawet po wielu, wielu latach od
jego premiery.
Jacek Liersch

Możliwość komentowania jest wyłączona.